Ujgurzy są romantykami. Ciągle wspominają swój Wschodni Turkiestan.
Trudno było w chińskiej prasie doszukać się wytłumaczenia lub jakiejś głębszej analizy nie tylko tego, co od niedzieli dzieje się w stolicy Autonomicznego Regionu Xinjiang, ale raczej tego co w prowincji tej dzieje się od lat. Jakaś wzmianka o gwałcie, którego nie było, a potem już tylko ilu ludzi zginęło, co zostało zniszczone przez protestujących, i jakich to zamachów w ostatnich latach dopuścili się ujgurscy separatyści. Całe tabele, data po dacie. No i jeszcze jak to chińskie władze zadbały o zagranicznych dziennikarzy, jak pozwolili im na wjazd do Xinjiangu, i jak same chętnie o sprawie informują. Wylewa się ten potok samochwały niemalże z każdego zdania.
Xinjiang (新疆), czyli w znaczeniu dosłownym nowe terytoria, zajmuje 1/6 powierzchni całych Chin. Zamieszkująca te tereny ludność to w ponad 45% Ujgurzy, w 40% Chińczycy Han (rdzenni Chińczycy) i dalej Kazachowie, Hui, Kirgizi, Mongołowie.
Ujgurzy są ludem tureckim. Muzułmańską sunnicką społecznością, która od XVIII wieku borykała się z chińską dynastią Qing. W 1944 roku udało się jednak proklamować powstanie islamskiej Republiki Wschodniego Turkiestanu, ale państwo to istniało tylko do 1949 roku. W tym też roku Wschodni Turkiestan rozważał stworzenie konfederacji z Chinami Mao. Do rozmów nigdy jednak nie doszło, a wojska ChRL wkroczyły na tereny dzisiejszego Xinjiangu i przekształciły ujgurski Turkiestan w chińską prowincję, później nadając jej charakter regionu autonomicznego (Ujgurski Autonomiczny Region Xinjiang).
W 1949 roku Chińczycy Han stanowili tu jedynie 6% populacji. Dziś jest ich ponad 40%, stanowiąc 75% mieszkańców stolicy prowincji Urumqi. Kiedyś przybywających pod przymusem nakazu pracy, dziś skuszonych wysokimi pensjami i niższymi podatkami. Partyjna kontrola rozszerza się tu na wszystkie aspekty życia, również na tak ważną dla Ujgurów sferę religijną. Oskarżają oni władzę o faworyzowanie Hanów w najważniejszych sektorach takich jak bankowość, finanse, telekomunikacja, czy branża natowo-gazowa. Jak twierdzą Ujgurzy, ta jawna niesprawiedliwość doprowadziła wśród tej społeczności do ogromnej fali bezrobocia. Społeczne niezadowolenie ze wzrastającej siły Chińczyków Han, prowadzi do spięć, ale te z ubiegłej niedzieli były większe niż kiedykolwiek wcześniej.
Od wieków ziemie te stanowiły atrakcyjny kąsek. Krzyżowały się tu drogi Jedwabnego Szlaku, krzyżował się międzykontynentalny handel. To tutaj są największe w Chinach złoża ropy naftowej i gazu ziemnego. W porównaniu ze wschodnimi terenami kraju, Xinjiang ze swoimi 20 milionami ludzi jest praktycznie niezamieszkały. Pustynie i góry.

Ale też chińskie obozy pracy i tak ważne z militarnego punktu widzenia poligony atomowe. Prowincja graniczy z ośmioma państwami w tym z Afganistanem, Rosją, Pakistanem i Indiami. Sprawia to, iż geopolityczne znaczenie tych terenów jest ogromne.
Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, okazało się, iż bliscy ziomkowie chińskich Ujgurów nagle mają swoje niepodległe państwa, że skoro im się udało, to czemu niby Wschodni Turkiestan nadal miałby być pod władzą ChRL?
Takiego myślenia przestraszył się Pekin, ale czy faktycznie Ujgurzy znaleźliby środki, by realnie myśleć o oderwaniu się od Wielkich Chin? Tak jak i w przypadku Tybetu chodzi raczej o respektowanie praw mniejszość i autonomii, która została im na papierze przyznana.
W Chinach mówi się, że bezpośrednie zamieszki rozpętał żądny krwi ujgurski tłum, po tym, jak dwóch przedstawicieli tej mniejszości straciło życie w bójce w fabryce zabawek na południu kraju. O wiele bardziej wiarygodne wydaje się jednak to, że to oddziały chińskiej milicji podżegały manifestantów. Chińska retoryka strachu musi być bowiem odświeżana. W dużej mierze ma ona na celu utwierdzenie opinii międzynarodowej w przekonaniu, iż działania ChRL w regionie tym nakierowane są na przywrócenie i utrzymanie spokoju. Obecność wojsk musi mieć swe uzasadnienie, a gdy co i rusz dochodzi do zamieszek, zwiększona liczba mundurowych nikogo nie dziwi. Co więcej – w takich okolicznościach - jest ona wskazana i ma swoje usprawiedliwienie.
W 2001 roku po atakach na World Trade Centre chińskie ministerstwo spraw zagranicznych oficjalnie poinformowało, iż siły Wschodniego Turkiestanu uważane są za siły terrorystyczne i w związku z tym również przeciwko nim skierowana jest światowa koalicja walki z terroryzmem, do której Chiny ochoczo się przyłączyły. Do tej pory działania tych grup określano mianem ‘kontrrewolucyjnych’, wraz z 11 września 2001 stały się one ‘terrorystyczne’. Ogłoszono też, iż ujgurscy terroryści są blisko związani z Osamą bin Ladenem z Al-Kaidy i że niektórzy z nich szkoleni byli w Afganistanie.
Może i byli.
Prawdą jest i to, że między 1979 a 1989 rokiem sam Pekin wysyłał Ujgurów, by współpracowali z mudżahedinami podczas sowieckiej okupacji Afganistanu. Tylko o tym jakoś już nikt nic nie mówi.
Warto podkreślić również, że w opublikowanym już w 1996 roku tzw. Dokumencie numer 7, Politbiuro Komunistycznej Partii Chin określiło Autonomiczny Region jako większe zagrożenie dla jedności terytorialnej i bezpieczeństwa państwa niż sprawę Tybetu czy Tajwanu. Świadczy to w dużej mierze o tym, jak bardzo Xinjiang skupia na sobie uwagę władz. Poprzez określenie wszystkich separatystycznych ruchów w prowincji mianem działań terrorystycznych, rząd Państwa Środka zapewnia sobie uwagę opinii międzynarodowej i jej zgodę na ewentualne działania w przywróceniu spokoju w regionie. Pekin nie może bowiem dopuścić do destabilizacji w prowincji, która ma dla niego tak wielkie znaczenie militarne, geopolityczne i przede wszystkim gospodarcze.
Tymczasem organizacje broniące praw człowieka (w tym Amnesty International i Human Rights Watch) oskarżają ChRL o wykorzystywanie pretekstu ‘antyterrorystycznego’ do przeprowadzania zbrojnych akcji przeciw Ujgurom. Faktem jest, że dochodzi tu do anty-rządowych protestów, jak i to że zanotowano działalność grup separatystycznych. Jednak oskarżenia płynące z ust chińskich władz przypisujące Ujgurom „terroryzm, separatyzm i religijny ekstremizm” wychodzą daleko poza faktyczną liczebność formacji tego typu.
W chińskiej propagandzie strachu i w budowanej od lat teorii spiskowej każdy najmniejszy rodzaj niepokoju przypisywany jest ujgurskim terrorystom i popierającym ich organizacjom. Czy to wybuch gazu, bójki na tle narodowościowym, przestępstwa kryminalne, wszystko to wrzuca się do jednego worka pod nazwą: terroryści z Xinjiangu.
Dodatkowo chińskie władze same dają Ujgurom pretekst do wszczynania zamieszek. Kolejny już czeka w kolejce, jako iż Pekin pod hasłami ratowania ludności przed śmiercią pod gruzami w przypadku trzęsienia ziemi, wydał rozporządzenie zburzenia zabytkowej części Kaszgaru.

Z jakiegoś powodu zdecydowanie łatwiej uwierzyć tym, którzy twierdzą, że taka polityka ma na celu zmuszenie Ujgurów do zmiany trybu życia. Lepiej wyburzyć kilkusetletnią trudnodostępną dla milicji zabudowę i przesiedlić ich do mieszkań, w których nie będą zdolni kontynuować swej miejskiej tradycji życia na ulicy, a tym samym ich kontrola będzie dla chińskich władz zdecydowanie łatwiejsza.
Kto w Kaszgarze był, ten wie, że miasto i tak dostatecznie oszpecono budując szeroką sześciopasmową aleję przechodzącą przez centrum miasta, z posągiem Mao tak wielkim, jakby od jego rozmiaru miało zależeć, czy Ujgurzy będą posłuszni czy nie.

Tymczasem 85% istniejącej od wieków zabudowy w przeciągu najbliższych pięciu lat mają zastąpić nowe apartamentowce i budynki użyteczności publicznej. Przed największym meczetem w mieście już teraz rozciąga się wielki betonowy plac. Nie trzeba być ekspertem, żeby od razu stwierdzić, że nie pasuje on do otoczenia, został sztucznie wtłoczony między wąskie uliczki glinianych domów. Wyburzenie kolejnych części tylko zaostrzy konflikt w prowincji, nie mówiąc już o zniszczeniach natury historyczno-kulturowej.
Od niedzieli Zachód jest głęboko zaniepokojony.
I tyle.
Wiadomo, że na sankcje gospodarcze nikt sobie nie pozwoli, nikt więc się ich nawet nie spodziewa. Dlatego też tak bardzo dziwi to, w jaki sposób podejmowane względem Chin są decyzje nie na szczeblu polityczno-gospodarczym, ale prestiżowym - jak w przypadku przyznania im organizacji Olimpiady i Expo.
Krystyna Kurczab-Redlich w swojej książce „Głową o mur Kremla” pisze: „Propaganda fakty deformuje – to jej zadanie. Zdeformowane fakty przedstawiają zdeformowaną rzeczywistość. Zdeformowana rzeczywistość deformuje świadomość społeczną(…).”
Przyczyniamy się do tej deformacji faktów, rzeczywistości, chińskiej świadomości. Bo co ma myśleć przeciętny Chińczyk?
Skoro nie docierają do niego głosy sprzeciwu, a konstruktywnej krytyki brak, skoro o sankcjach gospodarczych nie ma mowy, a do tego przyznaje się im organizację Olimpiady i Expo, z czego robią wielką sprawę, jakby zostali przez to co najmniej namaszczeni … to co ten przeciętny Chińczyk ma myśleć?
Sami przekazujemy im zdeformowane informacje i znaki. Nie dziwmy się więc, że odczytują je jako oznakę naszej akceptacji dla chińskiego rządu, czy naszego dla nich podziwu.
Ujgurzy od lat próbują wywalczyć to, co im obiecano. Autonomię. Trzeba przyznać, że w ramach tej walki istnieją grupy o charakterze separatystycznym, ale dobitnie trzeba zaprzeczyć, że wszyscy Ujgurzy to terroryści.
Małe sprawy i małe rozmowy ulatują z głowy. Potem w obliczu spraw wielkich powracają, zmieniając punkt widzenia lub przynajmniej sprawiając, że się człowiek głębiej nad tymi wydarzeniami zastanowi.
Dobre kilka miesięcy temu szłam ulicą ze znajomym Chińczykiem, a dokładniej szanghajczykiem. Rozmawialiśmy o moim planowanym wyjeździe do Urumqi.
- Wiesz, że Ujgurzy to złodzieje i bandyci? – zapytał używając dodatkowo bardzo charakterystycznego angielskiego określenia ‘mobs’.
I mi wtedy to zdanie gdzieś umknęło, zapodziało się pośród huku ulicy i mojego absolutnego zaaferowania tym, że się do Xinjiangu wybieram.
To zdanie powróciło jak bumerang przy czytaniu środowych gazet.
„Uygur mobs (…)” przytacza słowa jakiegoś świadka Szanghaj Daily.
„The mobs (…)” pisze Global Times.
Może to tylko przypadkowa zbieżność słów.
A może nie.