Wyprzedaż

2012/03/13, wtorek

Podczas tegorocznego sezonu wyprzedaży udało mi się kupić coś bardzo interesującego. Niemieckie wydawnictwo Taschen (o którym już wcześniej pisałam w tekście pt. Plakaty propagandowe) już jakiś czas temu opracowało trójjęzyczny album:

„China. Portrait of a Country. Porträt eines Landes. Portrait d’un pays by 88 Chinese Photographers”.

W wolnym tłumaczeniu: Chiny. Portret kraju według 88 chińskich fotografów.

Książka powstała pod redakcją urodzonego w Hongkongu Liu Heung Shing (刘香成). W 1978 roku został on pierwszym akredytowanym fotografem amerykańskiego tygodnika Time w Chinach, a w 1992 roku otrzymał nagrodę Pulitzera za serię zdjęć dokumentujących upadek Związku Radzieckiego. Poniższa fotografia dwóch uczennic z portretem Jiang Qing (江青)  została wykonana przez Liu w 1977 roku w Szanghaju niedługo po aresztowaniu bandy czworga.

Liu Heung Shing (刘香成), 1977

Na okładce pierwszego wydania tego albumu (2008 rok) zamieszczono zdjęcie z 1971 roku, które wykonał Zhang Yaxin (张雅心). Podczas Rewolucji Kulturalnej zakazano wystawiania tradycyjnej opery pekińskiej, którą uznano za feudalną i burżuazyjną. Dopuszczone zostały tylko te z  komunistycznym przesłaniem. Zhang jest specjalistą od rewolucyjnych oper. Od 1969 do 1976 roku zajmował się głównie fotografowaniem tych spektakli.

Zhang Yaxin (张雅心), 1971

We wrześniu 2011 roku ukazało się wznowione wydanie „China. Portrait of a Country. Porträt eines Landes. Portrait d’un pays by 88 Chinese Photographers”. Na okładkę wybrano tym razem zdjęcie wykonane w 1973 roku przez Du Xiuxian (杜修贤). Du specjalizował się w fotografowaniu chińskiej elity, a pośród osób, które przyszło mu uwieczniać znalazł się między innymi premier Zhou Enlai (周恩来). Poniższe zdjęcie przedstawia natomiast Ye Jianying (叶剑英). Był on jednym z twórców i uczestników Długiego Marszu. To on zorganizował aresztowanie bandy czworga, które dało kres chaosowi Rewolucji Kulturalnej. Na wybranym zdjęciu Ye wypoczywa na plaży na wyspie Hajnan (海南).

Du Xiuxian (杜修贤), 1973

Historia na fotografiach to opowieść o 60 latach Chińskiej Republiki Ludowej. Rozpoczyna się więc w roku 1949. Ostatnie zdjęcia pochodzą zaś z 2008 – roku trzęsienia ziemi w prowincji Syczuan (四川) i roku Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.

Du Xiuxian (杜修贤), 1965

Wydawnictwo na swojej stronie internetowej udostępnia album w całości (www.taschen.com/lookinside/05714/index.htm), ale chyba nikogo nie muszę przekonywać, że to nie to samo, co trzymanie oryginału w rękach. Gorąco polecam!

P.S.
Cena tego albumu to 49,99 euro. Po przecenie nowe nienaruszone egzemplarze dostępne były/są za 24,99 euro. Niektóre sklepy sprzedawały też albumy w niewielkim stopniu uszkodzone lub zabrudzone za jedyne 7,99 euro.

Wszystkie fotografie zamieszczone w tym wpisie pochodzą z oficjalnej strony wydawnictwa Taschen: www.taschen.com

Trudne pisanie

2012/02/24, piątek

Ostatnio przejrzałam polskie blogi oraz publikacje o Chinach i okazało się, że w większości  wpadamy w sidła tego samego błędu. Niezwykle kuszące jest bowiem pisanie chińskich nazw geograficznych pinyinem (to transkrypcja mandaryńskiego na alfabet łaciński). Zdaje się, że jeszcze częściej sięgamy po anglicyzmy. Sama nie raz wpadłam w tę pułapkę. Mieszały się u mnie wersje chińska, angielska i polska.

Postanowiłam jednak naprawić ten błąd i szczerze zachęcam – zostawmy pinyin tym, którzy uczą się chińskiego, a wersje anglojęzyczne do tekstów pisanych właśnie po angielsku. Skoro posługujemy się językiem polskim, to starajmy się to robić dobrze. Z pomocą idzie nam zeszyt Nazewnictwa Geograficznego Świata wydany przez Komisję Standaryzjacji Nazw Geograficznych Poza Granicami Polski przy Głównym Geodecie Kraju. W tym wypadku interesuje nas zeszyt nr 9, czyli ten dotyczący Azji Wschodniej.

Oto kilka przykładów:

Wersja chińska Pinyin Wersja angielska Wersja polska
北京 Běijīng Beijing Pekin
海南 Hǎinán Hainan Hajnan
云南 Yúnnán Yunnan Junnan
香港 Xiānggǎng Hong Kong Hongkong
南京 Nánjīng Nanjing Nankin
喀什 Kāshí Kashgar Kaszgar
新疆维吾尔自治区 (新疆) Xīnjiāng Wéiwú’ěr Zìzhìqū (Xīnjiāng) Xinjiang Uyghur Autonomous Region (Xinjiang) Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur (Sinciang)

Jest również sporo przypadków, w których nazwy w języku polskim zapisujemy tak samo jak choćby po angielsku. Nie ma jednej reguły, dlatego zawsze najlepiej wszystko sprawdzić w zeszycie Nazewnictwa Geograficznego Świata.

Wszystkie zeszyty dostępne  są w formie elektonicznej na stronie Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych: http://ksng.gugik.gov.pl/wydawnictwa_ngs.php

Zagubiony rok

2012/02/22, środa

Minął już prawie rok od ostatniego wpisu i muszę przyznać, że gdzieś mi przeleciały przez palce te wszystkie dni. Zagubiły się w plątaninie przeprowadzek, rzeczy do załatwienia, spraw do zamknięcia. Ale jestem i mimo że już nie z Chin, to od czasu do czasu postaram się coś napisać. Tymczasem na początek nieco spóźnione najserdeczniejsze życzenia w Nowym Roku – Roku Smoka!

Łuk Shiptona

2011/03/8, wtorek

Osiem drabin. Jedne mniejsze, inne całkiem spore. Bambusowe i metalowe. Każda po 4 juany. Nie, nie na sprzedaż. To cena za możliwość przejścia, za jednorazowe wykorzystanie. Wszystkie  powstały z inicjatywy mieszkającego nieopodal Ujgura. Ciężko w to uwierzyć, bo trudno dać wiarę temu, że ktoś tu faktycznie mieszka. Istne pustkowie.

Z samego rana wsiedliśmy do terenowego samochodu, a razem z nami para Koreańczyków, kierowca i przewodnik. Kierując się na północny zachód od Kaszgaru sunęliśmy drogami szybkiego ruchu. W końcu po godzinie jazdy zboczyliśmy z głównej drogi. Tam czekały już na nas tylko skały i kamienie.  Od tego momentu toczyliśmy walkę o utrzymanie pionu, starając się usilnie, by nie uderzyć głową w sufit samochodu.

Otaczający nas krajobraz wyjęty był niczym z filmu science fiction. Poruszaliśmy się wzdłuż kamienistego urwiska. W dole wiło się koryto rzeki o tej porze roku wyschnięte na wiór. Obijaliśmy się o siebie wzajemnie, każdy kurczowo trzymając się foteli. Trasę wyznaczać miały nam nieczytelne drogowskazy i jedna stara zniszczona tablica informacyjna. Do miejsca, z którego mieliśmy rozpocząć marsz, zapewne nigdy nie udałoby się nam trafić, gdyby nie towarzyszący nam przewodnik i fakt, że jechaliśmy samochodem z napędem na cztery koła.

Świat zachodni o miejscu, do którego zmierzaliśmy dowiedział się w  1947 roku, kiedy to po raz pierwszy dotarł tu Brytyjczyk Eric Shipton. To on, ostatni konsul Wielkiej Brytanii w Kaszgarze, miłośnik gór, alpinista i podróżnik, zachęcony przez lokalną ludność postanowił wybrać się i zobaczyć „dziurę w skale”. Niestety późniejsze zawirowania historii sprawiły, że świat zapomniał o jego odkryciu. Zachodnie konsulaty – rosyjski i brytyjski – zniknęły z Kaszgaru, nastał czas Chińskiej Republiki Ludowej.

Dopiero ekspedycja zorganizowana w 2000 roku przez National Geographic Society zdołała po raz drugi odkryć łuk, który po ujgursku nazywa się Tushuk Tash, a po chińsku Tiandong (天洞). The National Arch and Bridges Society, zajmująca się między innymi wyszukiwaniem takich miejsc, umieściła odkrycie Erica Shiptona na swojej liście 13 najbardziej okazałych łuków skalnych świata, oficjalnie podając jego wymiary: 365 m wysokości i 65 m rozpiętości.

Do dziś Chiny nie przywiązują większej wagi do tego miejsca. Nie jest ono zbyt rozpowszechnione, nie ma tu oficjalnie sprzedawanych biletów wstępu, nie da się dojechać bez terenowego samochodu. Informacje zawarte w przewodnikach są lakoniczne, ale miejscowi już dostrzegają, że można na tej „dziurze” trochę zarobić. To oni zainicjowali ustawienie drabin i to oni pobierają za nie opłaty. 4 juany za każdą, czyli razem 32 juany.

Owe drabiny prowadziły nas między skałami. Kurtkami ocieraliśmy się o ich ostre kamienie. Przejścia były wąskie, niektóre dodatkowo dość strome. Nasza wędrówka nie trwała jednak długo. Już po kilkunastu minutach ujrzeliśmy niewielki prześwit w skale. Zdawał się być nad wyraz mały.

- To po to tutaj przyjechaliśmy? – dziwili się Koreańczycy.
- O co tyle krzyku? – myśleliśmy głośno.
Ale kiedy w końcu udało się nam wdrapać na piętrzący się przed nami wał, okazało się, że nie stoimy u podnóża łuku. Jego podstawa znajdowała się niebezpiecznie daleko w dole.

I kiedy tak stojąc nie mogliśmy się nadziwić temu, co przed nami, nie wiadomo skąd wyłonił się właściciel drabin. Podszedł do nas, na chwilę zawahał się i w końcu powiedział:
- Niech będzie po 30, a nie po 32 – stwierdził – taka zniżka, bo jesteście dziś pierwszą grupą – dodał tłumacząc swój miły gest.
Następnie nie mówiąc do nas nic więcej wziął pieniądze i zniknął gdzieś między skałami.

P.S. Kot Mordechaj, kryst_ole i abmiros: dzięki, że czekacie na kolejne pocztówki. W końcu się udało i w końcu się doczekaliście:-)

abmiros: przeludnienie na świecie? Może jest to pomysł na jeden z następnych tekstów, choć jakoś ciągle myślami jestem w Sinkiangu… Pozdrawiam serdecznie!

Kurban Tulum

2010/11/13, sobota

- Znacie historię wujka Kurbana? – zapytał nasz ujgurski przewodnik, kiedy minęliśmy główny plac w mieście. Tam bowiem od 2003 roku stoi pomnik. Jeden z dwóch w całych Chinach, na którym przewodniczący Mao Zedong nie jest sam.

Był rok 1955, kiedy ponad 70-letni Kurban Tulum (库尔班吐鲁木) podjął decyzję, że musi osobiście spotkać się z Mao Zedongiem. Może nie byłoby w tym nic aż tak nadzwyczajnego, gdyby nie to, że wujek Kurban, jak do dziś jest nazywany, nie był mieszkańcem Pekinu, ani nawet żadnej wioski leżącej niedaleko stolicy.

Urodzony w 1883 roku Ujgur, pochodził z południowego Sinkiangu. Osierocony, dzieciństwo spędził ciężko pracując u swojego pana, gdzie zaznał ucisku i wyzysku – tak przynajmniej zapewniają chińskie źródła. Niewolnicza praca zmusiła go do ucieczki na pustynię, gdzie razem z żoną żywili się tylko tym, co zdołali znaleźć.

Poszczególne wersje historii życia Kurbana Tuluma nieco różnią się od siebie jednak, każda z nich mówi o tym, jak pełen nadziei i wiary w nowy porządek ustanowiony wraz z powstaniem Chińskiej Republiki Ludowej, powrócił do normalnego i szczęśliwego życia. Kiedy w 1952 roku w ramach reformy rolnej otrzymał w użytkowanie 14ha ziemi, dom, osła i narzędzia, zdecydował, że w podzięce za to wyswobodzenie z niszczącej biedy wybierze się w podróż do Pekinu, by osobiście podziękować swemu dobroczyńcy. Dystans dzielący go od stolicy chciał przemierzyć na osiołku niosąc melona, a może rodzynki? Tu też nie ma zgodności, ale wiadomo, że podarunek miał wręczyć samemu Przewodniczącemu.

Relacje na temat tej podróży nie są zgodne, ale faktem jest, że przemierzył on 1500 km przez pustynię Taklamakan i dotarł do stolicy prowincji Urumczi. Tam wielkoduszni urzędnicy, a może – jak podają inne źródła – sam Wielki Przywódca,  postarali się, by pozostałą drogę wujek Kurban przebył samolotem. Do historycznego spotkania doszło 28 czerwca 1958 roku. Zrobiono pamiątkowe zdjęcie, na którym panowie wymieniają uścisk dłoni.

To ono posłużyło za wzór dla dwóch istniejących pomników, które upamiętniają tamto wydarzenie. Jeden z nich znajduje się w Hotanie (和田), a drugi – powstały w 1995 roku – w mieście Keriya (po chińsku Mugala  木尕拉), oba w Regionie Autonomicznym Sinkiang.

- Ten pomnik – ciągnął dalej nasz przewodnik – ma nam Ujgurom przypominać o wdzięczności, jaką powinniśmy darzyć Mao, o tym że nasze współistnienie z Chińczykami nie powinno być podważane.

Wiara Kurbana Tuluma w siłę rewolucji Mao Zedonga dziś służy władzom jako przykład oddania i poddania się rządowi w Pekinie. Ma stanowić wzór dla całej społeczności ujgurskiej zamieszkującej Państwo Środka. Dzieci w szkołach uczą się, jak wspaniałym człowiekiem był wujek Kurban, śpiewają o nim piosenki. W 2002 roku powstał pełnometrażowy film ilustrujący historię Tuluma. Kiedy o tym wspomniałam, na twarzy naszego ujgurskiego przewodnika pojawił się szelmowski uśmiech.

- Tak, tak. Wszyscy kochamy wujka Kurbana – powiedział z przekorą i zaczął nucić pieśń napisaną na jego cześć – Wiesz – przyznał po chwili – ja nie wiem, jaki Tulum był, może faktycznie wierzył, że Chiny Przewodniczącego Mao to najlepsze, co nas mogło spotkać. Wtedy ludzie byli pełni nadziei i wiary w to, że przyszedł lepszy czas… – zamyślił się na chwilę – Nie mi to oceniać – uciął w końcu.

W 1976 roku jeden z ogromnie cenionych w Państwie Środka dwudziestowiecznych przedstawicieli chińskiego malarstwa tradycyjnego, Huang Zhou (黄胄), namalował portret Kurbana Tuluma, którego tytuł można by przetłumaczyć jako: „Wujek Kurban w drodze, by zobaczyć się z Przewodniczącym Mao”《库尔班大叔见到毛主席》. Chińskie źródła podają, iż obraz ten powstał na dwa dni przed śmiercią samego Przewodniczącego.

Kurban Tulum zmarł w 1975 roku i do dziś jest jedyną osobą, która dostąpiła zaszczytu bycia uwiecznioną na pomniku obok Mao Zedonga.

Drogą lądową z Kirgistanu do Chin

2010/10/27, środa

Obfite opady śniegu, sznur samochodów czekających na swoją kolej, wąska droga, która przez biały puch z dwóch pasów skurczyła się do jednego i tarasujące przejazd ciężarówki sprawiają, że dojazd na miejsce spotkania z chińskim kierowcą może być problematyczny. Do tego trasa po kirgiskiej stronie jest w kiepskim stanie – koleiny, dziury i tylko częściowo pokrywa ją asfalt.

Chińsko-kirgiską granicę można przekraczać w dwóch miejscach i oba prowadzą do Kaszgaru.  Irkesztam zalicza się do przejść pierwszej kategorii, które przekraczać może każdy. Przejście Torugart wpisane zostało do kategorii drugiej, czyli przynajmniej w założeniu dostępne jest ono tylko dla obywateli Kirgistanu i Chin. My jednak postanowiliśmy spróbować przedostać się do ChRL właśnie tędy.

Do bramek kirgiskiej służby granicznej można dojechać według własnego uznania i możliwości – rowerem, taksówką, autostopem. Problem pojawia się nieco dalej. Chińczycy nie wpuszczą bowiem na teren swojego kraju nikogo, kto nie ma zaaranżowanego transportu po ich stronie granicy.

Aby przejechać Przełęcz Torugart, obywatele państw trzecich z braku innych możliwości decydują się  na pośrednictwo agencji turystycznych. Dzięki temu pokonywanie trasy, choć trwa dość długo jest raczej bezproblemowe.

Po odbyciu kirgiskiej kontroli celnej, pokonać trzeba 7 km pas „ziemi niczyjej”. To tam trzeba czekać na kierowcę z Chin. Nie wolno pieszo pokonać tej trasy, nie wolno zawrócić, bo w paszportach są już kirgiskie pieczątki wyjazdowe. Jeśli więc kierowca z Kaszgaru się spóźnia, nie ma wyjścia, czeka się do skutku.

Chiny witają podróżnych trzema posterunkami. Na pierwszym sprawdzane są paszporty i bagaże. Musimy wypakować wszystko z plecaków i celnicy dokładnie oglądają każdą wyciągniętą rzecz. Zdarza się  konfiskowanie „Lonely Planet China” i przeszukiwanie dysków komputerów. To drugie szczególnie przy wyjeździe z Państwa Środka. Podobno nieprzychylne Chińskiej Republice Ludowej fotografie są usuwane.

Zdaje się, że ta pierwsza kontrola jest najbardziej drobiazgowa, ale towarzyszący nam przewodnik twierdzi, że ostatnia bywa najcięższa. Wszystko jednak zależy od ‘guanxi’ (??), czyli znajomości jakie dana agencja turystyczna ma wśród pograniczników. My zupełnie swobodnie przejeżdżamy przez 100 km odcinek drogi pomiędzy pierwszą a drugą kontrolą, jak i przez sam drugi posterunek. Machamy paszportami przed oczami strażnika, ale ten widząc dokumenty agencji, nie chce ich nawet oglądać.

Przeprawa przez przełęcz nie sprawiła nam większego kłopotu, przynajmniej formalnego. Mieliśmy za to problem zupełnie innego rodzaju. Trasa, którą trzeba pokonać osiąga wysokość 3752 m n.p.m i jest bardzo widokowa, ale połowa października może już nie być zbyt przyjemna. Dotyczy to głównie strony kirgiskiej. To tam ciągnie się sznur brnących w śniegu ciężarówek, to tam droga jest bardzo kiepska. Nasz kierowca był nad wyraz waleczny i w końcu pomimo zasp jak i tego, że jechaliśmy dwudziestoletnim wysłużonym Audi 100, udało się mu przywieźć nas na miejsce spotkania. Udało mu się, choć czasem musieliśmy pomagać.

Chińska część trasy, to już zupełnie inna jakość. Nowa nawierzchnia, wyraźne oznakowania i brak śniegu, choć to akurat zasługa suchego klimatu na południowych zboczach Gór Tienszan.

Ostatni posterunek mieści się w ogromnym gmachu i wygląda bardziej jak terminal lotniska. Przejście w głównej mierze obsługuje transport towarowy. Ruch osobowy jest marginalny. Dziennie między Narynem a Kaszgarem kursuje tylko jeden autobus, z którego obcokrajowcy i tak nie mogą korzystać. Takich jak my każdego dnia jest dosłownie kilkoro, ale budynek spokojnie mógłby obsłużyć duże i ruchliwe przejście graniczne.

Jeśli zamiary Chińskiej Republiki Ludowej dotyczące wybudowania tu trasy kolejowej zostaną wprowadzone w życie, a przejście zakwalifikuje się do pierwszej kategorii i zostanie  otwarte na zwykłych zasadach dla obywateli państw trzecich, wtedy gmach zostanie w pełni wykorzystany.

A teraz? Teraz raczej straszy tu pustką i wyłaniającymi się z każdej strony oficerami w mundurach.

Dunganie

2010/09/30, czwartek

Nie wyglądało to wcale jak meczet. Kształtem przypominało bardziej świątynię buddyjską, a nie islamską. Wchodząc zdawało się, że komuś pomieszały się religie, style, kultury i kraje. Bo to Kirgistan, a nie Chiny. Przychodzą tu muzułmanie, a nie buddyści. Choć z taką samą częstotliwością modlą się tu zarówno Chińczycy jak i Kirgizi.

Dunganie, bo tak nazywa się zamieszkałą w Kirgistanie (i Kazachstanie również) ludność pochodzenia chińskiego, to grupa która przybyła do Azji Środkowej w połowie XIX wieku.  Pierwotnie żyli oni na terenach dzisiejszych chińskich prowincji Gansu, Shaanxi i Ningxia. Ich celem było założenie własnego państwa. Walczyli przeciwko mocarstwowym zapędom cesarstwa Qing. Walki trwały długo (1862-1877) i ostatecznie zakończyły się porażką ludności muzułmańskiej. Wtedy też wielu z nich zdecydowało się wyemigrować do rosyjskiej wówczas Azji Środkowej.

Druga fala emigracji mieszkańców Gansu, Shaanxi i Ningxia, ale też i Xinjiangu miała miejsce w latach 1881-83. Na mocy traktatu podpisanego w Sankt Petersburgu ludność ta bez żadnego uszczerbku mogła dobrowolnie przenieść się na ziemie dzisiejszego Kazachstanu i Kirgistanu, z czego większość z nich skorzystała.

Sami siebie nazywają Huizu (回族). Są potomkami tych, którzy w dzisiejszych Chinach należą do muzułmańskiej mniejszości Hui. Rosjanie tak jak i Ujgurzy z Xinjiangu mówią o nich Dunganie (po chińsku 东干族). Jedna z teorii pochodzenia tej nazwy mówi, iż jest to zapożyczenie z języka tureckiego – döñän – czyli ten który zawraca. Ta teoria niewątpliwie pasuje również do chińskiego odpowiednika nazwy Hui (回), którą dosłownie tłumaczy się, jako ‘wracać, powracać’. Innym wytłumaczeniem jest pochodna od chińskiego wyrażenia ‘wschodnie Gansu’ czyli DongGan (东干).

W Kirgistanie Dunganie osiedlili się w okolicach miasta Karakoł, na terenach przy jeziorze Issyk Kul oraz na przedmieściach Biszkeku. W całej Azji Środkowej zamieszkuje ich obecnie około 110 tysięcy, z czego prawie 37 tysięcy mieszka w Kazachstanie, a 60 tysięcy w Kirgistanie. Mniejsze grupy obecne są również w Rosji i Uzbekistanie.

Żyjący od lat w Azji Środkowej posługują się językiem rosyjskim i odpowiednio kazachskim lub kirgiskim. Mówią też płynnie w dialekcie Shaanxi/Gansu. Co interesujące nie potrafią oni ani pisać, ani czytać chińskich znaków i przez lata wypracowali sobie swój unikalny system językowy zapisując go cyrylicą. Ich język mówiony niewiele zmienił się od tego sprzed ponad 100 lat dlatego raczej trudno jest im porozumieć się z dzisiejszymi przedstawicielami mniejszości Hui tym bardziej, że obecnie w dungańskim wiele jest zapożyczeń z arabskiego, perskiego i tureckiego.

Zdecydowana większość Dunganów zajmuje się się uprawą ryżu i warzyw. Z biegiem lat przyjęli oni częściowo kulturę terenu, na którym się osiedlili. Typowo chińskie stroje wykorzystują jedynie z okazji wesel, na co dzień ubierają się tak, jak pozostali mieszkańcy Azji Środkowej. Jedzą pałeczkami, a ich domostwa w dużej mierze podobne są do tych w Chinach. Starsi nadal podobno śpią na tzw. kangach – jest to duża podgrzewana platforma zrobiona z cegieł i niewypalonej kamionki.

Kiedy Dunganie osiedlili się w Karakole, w mieście pomimo sporej liczby mieszkających tu muzułmanów, nie było meczetu. To Chińczycy podjęli pracę nad budową świątyni. Trwały one od 1907 do 1910. Cała konstrukcja została wybudowana z cegieł oraz drewna zupełnie bez użycia gwoździ. W latach 30-tych XX wieku Sowieci zamknęli meczet dla wiernych. Ponownie zezwolili na korzystanie z niego w 1943 roku i od tego czasu służy on tutejszej społeczności.

Nie ma wątpliwości, że świątynia wymaga gruntownego remontu. Farba odchodzi praktycznie z całej powierzchni fasady. Niebieski minaret, który przypomina nieco chińską pagodę, sprawia wrażenie, jakby niebezpiecznie przechylał się ku ziemi.

Widać, że wierni dbają o swoją świątynię. Pomimo iż budynek nadszarpnięty jest czasem i nieodnawiany od lat, to jednak teren wokół niego utrzymywany jest w dużym porządku. Zamiecione chodniki, równiutko ułożone buty, a w pobliskim ogródku zasadzone i kwitnące o tej porze roku kwiaty.

Świątynia jest kolorowa i dzięki tej mieszance barw ociepla otoczenie. Sąsiaduje bowiem z zaniedbaną, niską zabudową niewielkich domów. Niebieskie okiennice odznaczają się już z daleka. Jednak nie uchroniły one wszystkich szyb. Sporo z nich zwyczajnie się potłukło. Udekorowany zielonymi, czerwonymi i pomarańczowymi ornamentami z widocznymi postaciami smoka i feniksa wygląda niczym wyjęty z chińskiej buddyjskiej wioski. Ale jest tu. W kirgiskim Karakole i służy muzułmanom bez względu na to, czy ich przodkowie pochodzili z Państwa Środka czy też nie.

Plakaty propagandowe

2010/08/31, wtorek

Ostatnio w jednej z krakowskich (!) księgarni zupełnie przez przypadek udało mi się kupić bardzo ładny, wydany przez niemieckie wydawnictwo Taschen album zatytułowany „Chinese propaganda posters”.

Dzięki temu przypomniało mi się, że w Szanghaju jest jedno bardzo niepozorne, ale nad wyraz interesujące muzeum.

Kiedy zdecydowałam się w końcu do niego wybrać, okazało się, że nie  było tam wielkiego muzealnego gmachu. Ani nawet małej galerii. Było za to chińskie osiedle. Takie z kilkoma wysokimi apartamentowcami, ogrodzone, ze szlabanem przy wjeździe i budką, w której siedzieli ochroniarze.
- Do muzeum? – zapytali, kiedy zbliżyłam się do nich z karteczką, na której skrzętnie zanotowałam sobie adres. Kiwnęłam głową, a oni wskazując palcem w dal dodali – budynek B.

„Shanghai Propaganda Poster Art Center” (宣传画年画艺术中心) mieści się w piwnicy apartamentowca. Nie przypomina zwykłego muzeum. Plakaty, które możemy tu zobaczyć są prywatną kolekcją Yang Pei Ming (杨培明), który przez 15 lat zdołał zgromadzić około 5000 eksponatów.

Nieliczne pochodzą z okresu sprzed powstania Chińskiej Republiki Ludowej. Wystawa skupia się bowiem na latach 1949-1979, kiedy to celem tej formy sztuki było ukazanie odpowiedniego zachowania i podążanie za jedynym słusznym tokiem myślenia. Plakaty odgrywały ogromną rolę szczególnie w społeczeństwie o tak wysokim poziomie analfabetyzmu. W momencie powstania ChRL sięgał on bowiem  80%. Wizualizacja idei przemawiała do społeczeństwa i była łatwa do zrozumienia.

Tematyka, którą zajmowali się twórcy plakatów, ściśle uzależniona była od okresu ich powstania. Celem nadrzędnym było jednak stworzenie fundamentalnego nurtu w sztuce, który miał szerzyć wśród mas idee Mao. Sztuka miała służyć polityce i pobudzać lud do działania.

W pierwszym okresie (lata 1949 – 1953) dominowała tematyka powstania Chińskiej Republiki Ludowej, wojny koreańskiej i przyjaźni sowiecko-chińskiej. Przewaga koloru czerwonego i motywu, w którym Chiny ukazywane są jako wielkie, a ich wróg (Stany Zjednoczone) jako mały i łatwy do pokonania – to „papierowy tygrys” którego nawet dzieci nie powinny się obawiać.

Plakaty powstałe w latach 1954-56  skupiały się głównie na rozwoju przemysłu i rolnictwa. Rozwój kraju miał bowiem przynieść szczęście i zadowolenie jego mieszkańcom. Ciężka praca i nauka były fundamentem silnego państwa, a umiłowanie ukochanego przywódcy dawało poczucie bezpieczeństwa i spełnienia.

W latach 1963-65 na plakatach pojawiały się tematy związane głównie z walką przeciw amerykańskiemu imperializmowi. Rok 1966 przyniósł Rewolucję Kulturalną, a w raz z nią zaczęto ukazywać Przewodniczącego Mao jako ojca narodu, czerwone słońce chińskiego nieba, do tego lud pracujący szerzący myśl swego wodza, dzierżący w dłoniach czerwone książeczki, zwycięski po Rewolucji Kulturalnej.

Od 1972 roku plakaty zmieniły nieco swój charakter. Coraz mniej było takich, które przedstawiały sylwetkę Przewodniczącego. Tu bohaterami stali się zwykli ludzie i ich problemy. Planowanie rodziny, antykoncepcja, sport, ale także edukacja i praca.

Erę chińskich plakatów zakończył Deng Xiaoping, który zrezygnował z ich wykorzystywania do celów propagandowych. Nakazał również zniszczenie tych egzemplarzy, które jeszcze pozostały, co też skrzętnie uczyniono. Przez to właśnie tak trudno dziś o oryginały, tym bardziej więc cenić powinno się zbiory szanghajskiego muzeum.

Yang Pei Ming chętnie rozmawia z odwiedzającymi i odpowiada na wszystkie pytania dotyczące okresu powstawania plakatów, co w dzisiejszych Chinach nie jest takie oczywiste. Młodych historia raczej nie interesuje, a starsi wolą o niej nie mówić. Tutaj natomiast można podyskutować, dotknąć żywej historii. W dwóch pokojach wystawiono ekspozycję, trzeci pełni funkcję muzealnego sklepu (można kupić oryginalne plakaty, materiały dotyczące okresu ich powstania, pocztówki, koszulki czy kurtki z epoki).

Przed przyjściem lepiej zadzwonić i upewnić się, czy muzeum jest otwarte.

Shanghai Propaganda Poster Art Center
Room BOC, Basement, Block B (no.4)
868 Huashan Road
上海华山路868号BOC 室
otwarte codziennie od 10.00 do 17.00
www.shanghaipropagandaart.com
wstęp: 20 rmb

P.S. Album „Chinese propaganada posters” można też kupić w księgarni na Terminalu 2 lotniska Pudong.

Expo po polsku

2010/07/7, środa

- Czyj to pawilon? – zapytała stojąca obok mnie Chinka
- Ten jest polski – odpowiedział towarzyszący jej pan
- Polski? – zastanowiła się – Najbardziej chciałabym zobaczyć niemiecki, francuski lub brytyjski – powiedziała po chwili i zniknęła w tłumie przechodniów.

Trochę mnie drażni, kiedy słyszę, że polski pawilon jest jednym z najciekawszych, albo najczęściej odwiedzanych. Nie trzeba być ekspertem, by stwierdzić, że u Brytyjczyków, Niemców, czy Amerykanów kolejki są o wiele dłuższe. Nie mówiąc już o Japończykach, Koreańczykach z Południa, czy Emiratach Arabskich, gdzie na wejście czeka się dobrych kilka godzin.

Nie neguję liczb. Faktem jest, iż ostatnio w naszym pawilonie odnotowano wejście dwumilionowego gościa (tak samo było w pawilonie czeskim). Może faktycznie liczby te zaskoczyły naszych organizatorów, którzy nie spodziewali się takich tłumów. Nie oznacza to jednak, że nasz pawilon jest jakiś wyjątkowy i nadzwyczajnie interesujący. Bryła faktycznie wzbudza zainteresowanie przechodniów, ale wnętrze pozostawia wiele do życzenia.

Z przykrością należy bowiem stwierdzić, że niewiele się w nim dzieje. Najpierw trzeba przejść długim korytarzem, którego niewątpliwą zaletą jest to, iż od środka, tak jak i na zewnątrz, też jest mieniącą się w różnych kolorach wycinanką. Na ścianach tego korytarza umieszczono mało widoczne i ukryte w zagłębieniach niewielkie ekrany. Zdjęcia śmiejących się i machających ludzi, lub jakieś krótkie ujęcia np. z wyborów Miss Polski gdzieś z lat 50-tych i tych z roku 2000. Nie za bardzo wiadomo, o co chodzi i „co autor chciał przez to powiedzieć”.

Wchodząc do sali głównej zauważyłam grupę Chińczyków przytulających się do dużego ekranu, na którym wił się biały, wycinankowy i mówiący po chińsku smok.
Jak masz na imię? – powiedział do małego chłopca. Dziecko zapiszczało z radości. Jeszcze bardziej zapiszczeli jego rodzice.

Zaraz po smoku na ekranie pojawiła sie prezentacja miasta Łodzi. Chwilę później wnętrze naszego pawilonu opustoszało. Niestety dla Chińczyków oglądanie kilkuminutowej prezentacji nie miało większego sensu. Ani nie było to informacyjnie ciekawe ani technologicznie zaskakujące. Poszli więc dalej.

Ja też ruszyłam do wyjścia. W ostatniej chwili zaciekawiła mnie grupa ludzi siedzących na schodach tuż obok wyjścia. Beznamiętnie patrzyli oni przed siebie, jakby nie byli zainteresowani tym, co działo się na ekranie, na którym przemykały polskie pociągi. Jednak pokazywanie Chińczykom składów PKP Cargo raczej ich nie zainteresowało i większość z nich szybko wyszła.

Niestety w naszym pawilonie trudno było doszukać się informacji co, gdzie i kiedy można zobaczyć. Prezentacje następowały jedna po drugiej i na co się trafiło, to akurat można było obejrzeć. Przez to niedoinformowanie niemal umknęła mi animacja Tomasza Bagińskiego pt. „Animowana historia Polski”. Z ogromnym żalem muszę przyznać, iż pomimo tego że sama uważam ją za fantastycznie wykonaną, to jest zupełnie niezrozumiała dla Chińczyków. Pozostaje pytanie, czy dałoby się to zrobić lepiej, w większym uproszczeniu, tak by było bardziej zrozumiałe dla społeczności azjatyckiej? Szczerzę wątpię. Animacja jest trójwymiarowa, ale nikt nie rozdawał specjalnych okularów i oglądaliśmy ją jak zwykły film.

Przyswojenie treści filmu nie ułatwia z pewnością i to, że jest on zdecydowanie za długi. Trwa bowiem ponad 8 minut! Jeśli zaś celem  nie było przedstawienie historii naszego kraju, a pochwalenie się możliwościami polskiej animacji, to i owszem, to się udało. Tylko że nikt poza mną nie wysiedział do końca. Nikt też o istnieniu tej animacji nie był informowany i gdyby nie mój upór, by wysiedzieć na prezentacji PKP Cargo i poczekać, by przekonać się, co będzie dalej, pewnie wyszłabym razem z tłumem Chińczyków nie przekonawszy się nawet, co jeszcze polski pawilon miał do zaoferowania.

Podstawowym błędem, jaki od razu nasunął mi się na myśl było to, iż cała przestrzeń jest otwarta, a zwiedzający spacerują po niej w dowolnym i odpowiednim dla siebie tempie, co w tym przypadku oznacza, szybkie wejście, przejście i jeszcze szybsze opuszczenie budynku. Chińczycy z Hong Kongu, Singapurczycy czy Kazachowie mieli lepszy pomysł na wyświetlanie prezentacji i filmów o swoich krajach. W prosty sposób dzielili zwiedzających na grupy mniej więcej 50-osobowe i  tak wpuszczali do środka. Zamykali drzwi i pozwalali wyjść dopiero po zakończonym seansie. Tym sposobem każdy, kto wszedł do środka, był poniekąd zmuszony do obejrzenia tego, co dany kraj chciał o sobie powiedzieć i nie miało znaczenia to, czy wyświetlany materiał był ciekawy czy nie.

U nas niestety, ale u Hiszpanów też, zwiedzanie nie było w żaden sposób zorganizowane, a biorąc pod uwagę zamiłowanie Chińczyków do podążania wyznaczonym szlakiem, jak i przewidując, że trudno im będzie dobrowolnie skupić się na prezentacji trwającej 5 minut, takie przymusowe rozwiązanie miało raczej pozytywny efekt. Wystarczyło też urozmaicić prezentację i pokazać ją w formie 3D i film od razu zdawał się być bardziej interesujący. Co więcej prezentacja Hong Kongu trwała 30 sekund! Krótko? Przy tak ogromnej liczbie pawilonów ‘szybko i zwięźle’ to zaleta nie do przecenienia. Dodatkowo Chińczycy nader wszystko cenią sobie pokazy na żywo. U Włochów szewc siedzi na krzesełku i  robi damskie buciki, u Hiszpanów tancerka tańczy flamenco, a w pawilonie Sri Lanki można obejrzeć tkające kobiety. Wokół nich wszystkich grupy żywo zainteresowanych zwiedzających.

Nie jestem z tych, którzy narzekają na wszystko co polskie. Raczej mi przykro, kiedy widzę, że coś mogliśmy zrobić lepiej, a udajemy, że wyszło nad wyraz dobrze, nawet lepiej niż u innych. Niestety po wyjściu z polskiego pawilonu niewiele się pamięta. Może poza bursztynami i muzyką Chopina, które można kupić w sklepiku z pamiątkami. No i wycinankowa bryła robi wrażenie. Ale tylko z zewnątrz.

Expo Park

2010/05/19, środa

Szłam z mieszanymi uczuciami, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Na pewno wielkiego rozmachu. Obawiałam się, że idąc punktualnie na godzinę otwarcia, utknę w kolejce biletowej, tej w której prześwietlają bagaże, w kolejce do wagonika metra nr 13, tego które wybudowali specjalnie na potrzeby wystawy.

Osiem lat. Tyle minęło odkąd Szanghaj dowiedział się, że w 2010 roku będzie organizatorem Expo. Od tego czasu trwały przygotowania, które w ostatnim roku tak przybrały na sile, że aż trudno było w Szanghaju żyć. Dziś już jesteśmy po wilekim otwarciu, po pierwszych tygodniach, na które z utęsknieniem czekali Chińczycy, a przynajmniej skutecznie ich przekonano, że powinni na to czekać. Dla szanghajczyków stało się jasne, że Expo będzie dla nich i dla miasta tym, czym dla Pekinu była olimpiada.

Samo otwarcie gdzieś mi umknęło. Zagubiło się w nerwach, nałożyło na długi weekend majowy, na brak biletów kolejowych, opóźniony powrót do Szanghaju. A kiedy w końcu dotarłam, było już po wszystkim. Mgła pyłu fajerwerków osiadła nad miastem.

Ale już tego dnia, kiedy w końcu wybrałam się, by te pawilony Expo zobaczyć, tłumu jakiegoś wielkiego nie było. Parę minut po 9:00 ustawiłam się w kolejce do kontroli biletów i już o 9:30 byłam na miejscu, w samym środku parku rozrywki.

Bo tym to dokładnie jest. Fantastycznie dopracowanym pod względem organizacji parkiem. Na każdym skrzyżowaniu stoją wolontariusze, którzy całkiem niezłą angielszczyzną odpowiadają na wszystkie pytania zwiedzających. Niezliczona ilość knajp, sklepików, punktów z pitną wodą, czystych (!) toalet.

Teren Expo zajmuje ok. 7 km2. Podzielony został na sektory:
A, B, C – pawilony narodowe (Azja, Australia i Oceania, Europa, Afryka, obie Ameryki)
I te sektory znajdują się na Pudongu.

Po drugiej stronie rzeki, czyli na Puxi, (można się tam dostać linią metra nr 13, która działa tylko w obrębie Expo) leżą sektory:
D i E – pawilony firm i przedsiębiorstw jak np. Pawilion chińskich kolei, czy Pawilon Coca-Coli, a także pawilony tematyczne.

Między sektorami A, B i C kursują ekologiczne, bo elektryczne, cichutkie autobusy miejskie. Rozkładu jazdy brak, bo jeżdżą dosłownie co kilka minut. Przed każdym z pawilonów ustawiono bramki, które wyznaczają kierunek kolejki.

W tym wszystkim próbują się odnaleźć obcokrajowcy. Leniwie łażąc między pawilonami, zastanawiając się, do którego wejść, a który zostawić na później lub zupełnie ominąć. Chińczycy mają nieco inne podejście do sprawy.

W sklepikach z upominkami do nabycia są paszporty Expo (po 30 RMB). Wyglądem przypominają standardowe paszporty. Do wyboru w różnych kolorach (bordowe, granatowe, zielone, żółte, szare).

Idea polega na tym, że odwiedzając dany pawilon można poprosić o wbicie pieczątki do paszportu. Jakbyśmy przekraczali granicę danego kraju. Chińczykom tak spodobał się ten pomysł, że zupełnie zwariowali na jego punktcie. Stojąc w kolejce do poszczególnych pawilonów ma się wręcz wrażenie, że niektórzy nie są zainteresowani tym, co zobaczą w środku, chodzi tylko o to, żeby zdobyć kolejną pieczątkę.

Shanghai Daily z 8 maja opisywał przypadki handlu paszportami na portalu Baidu Teiba. Paszport z 47 pieczątkami z pawilonów narodowych można kupić za 500 RMB, ten z 43 pieczątkami za 300, a z 10 ale za to tych najbardziej popularnych kosztuje między 200 a 100 RMB.

Nic dziwnego, że sprzedaż idzie dobrze. Nic też dziwnego, że kolejki do pawilonów zapełniają sie Chińczykami, którzy mają po trzy, cztery paszporty. Kto bowiem nie chciałby pochwalić się tym, że odwiedził 47 krajów. No kto? Tak to jest bowiem przez Chińczyków odbierane. Jako możliwość zobaczenia całego świata od razu. Przejadą się przecież szwajcarską kolejką górską, zobaczą japońskie roboty, a Chopina posłuchają u nas. Nie trzeba już będzie nigdzie wyjeżdżać, zdobywać wiz i kupować biletów lotniczych. Cały świat w miniaturze zobaczą u siebie i tego wszystkiego inni będą, a przynajmniej powinni im zazdrościć.

Czy faktycznie jest czego zazdrościć? To już sprawa dyskusyjna.

Jak my wypadliśmy na tle innych krajów? O tym niebawem.

P.S. 22 maja 2010 w ramach Expo odbywać się będzie Dzień Polski, w ramach którego między innymi muzyka Fryderyka Chopina w wykonaniu Leszka Możdżera.

Po szcegóły zapraszam na: www.parp.gov.pl/index/index/1443