Łuk Shiptona
2011/03/8, wtorekOsiem drabin. Jedne mniejsze, inne całkiem spore. Bambusowe i metalowe. Każda po 4 juany. Nie, nie na sprzedaż. To cena za możliwość przejścia, za jednorazowe wykorzystanie. Wszystkie powstały z inicjatywy mieszkającego nieopodal Ujgura. Ciężko w to uwierzyć, bo trudno dać wiarę temu, że ktoś tu faktycznie mieszka. Istne pustkowie.
Z samego rana wsiedliśmy do terenowego samochodu, a razem z nami para Koreańczyków, kierowca i przewodnik. Kierując się na północny zachód od Kaszgaru sunęliśmy drogami szybkiego ruchu. W końcu po godzinie jazdy zboczyliśmy z głównej drogi. Tam czekały już na nas tylko skały i kamienie. Od tego momentu toczyliśmy walkę o utrzymanie pionu, starając się usilnie, by nie uderzyć głową w sufit samochodu.
Otaczający nas krajobraz wyjęty był niczym z filmu science fiction. Poruszaliśmy się wzdłuż kamienistego urwiska. W dole wiło się koryto rzeki o tej porze roku wyschnięte na wiór. Obijaliśmy się o siebie wzajemnie, każdy kurczowo trzymając się foteli. Trasę wyznaczać miały nam nieczytelne drogowskazy i jedna stara zniszczona tablica informacyjna. Do miejsca, z którego mieliśmy rozpocząć marsz, zapewne nigdy nie udałoby się nam trafić, gdyby nie towarzyszący nam przewodnik i fakt, że jechaliśmy samochodem z napędem na cztery koła.
Świat zachodni o miejscu, do którego zmierzaliśmy dowiedział się w 1947 roku, kiedy to po raz pierwszy dotarł tu Brytyjczyk Eric Shipton. To on, ostatni konsul Wielkiej Brytanii w Kaszgarze, miłośnik gór, alpinista i podróżnik, zachęcony przez lokalną ludność postanowił wybrać się i zobaczyć „dziurę w skale”. Niestety późniejsze zawirowania historii sprawiły, że świat zapomniał o jego odkryciu. Zachodnie konsulaty – rosyjski i brytyjski – zniknęły z Kaszgaru, nastał czas Chińskiej Republiki Ludowej.
Dopiero ekspedycja zorganizowana w 2000 roku przez National Geographic Society zdołała po raz drugi odkryć łuk, który po ujgursku nazywa się Tushuk Tash, a po chińsku Tiandong (天洞). The National Arch and Bridges Society, zajmująca się między innymi wyszukiwaniem takich miejsc, umieściła odkrycie Erica Shiptona na swojej liście 13 najbardziej okazałych łuków skalnych świata, oficjalnie podając jego wymiary: 365 m wysokości i 65 m rozpiętości.
Do dziś Chiny nie przywiązują większej wagi do tego miejsca. Nie jest ono zbyt rozpowszechnione, nie ma tu oficjalnie sprzedawanych biletów wstępu, nie da się dojechać bez terenowego samochodu. Informacje zawarte w przewodnikach są lakoniczne, ale miejscowi już dostrzegają, że można na tej „dziurze” trochę zarobić. To oni zainicjowali ustawienie drabin i to oni pobierają za nie opłaty. 4 juany za każdą, czyli razem 32 juany.
Owe drabiny prowadziły nas między skałami. Kurtkami ocieraliśmy się o ich ostre kamienie. Przejścia były wąskie, niektóre dodatkowo dość strome. Nasza wędrówka nie trwała jednak długo. Już po kilkunastu minutach ujrzeliśmy niewielki prześwit w skale. Zdawał się być nad wyraz mały.

- To po to tutaj przyjechaliśmy? – dziwili się Koreańczycy.
- O co tyle krzyku? – myśleliśmy głośno.
Ale kiedy w końcu udało się nam wdrapać na piętrzący się przed nami wał, okazało się, że nie stoimy u podnóża łuku. Jego podstawa znajdowała się niebezpiecznie daleko w dole.
I kiedy tak stojąc nie mogliśmy się nadziwić temu, co przed nami, nie wiadomo skąd wyłonił się właściciel drabin. Podszedł do nas, na chwilę zawahał się i w końcu powiedział:
- Niech będzie po 30, a nie po 32 – stwierdził – taka zniżka, bo jesteście dziś pierwszą grupą – dodał tłumacząc swój miły gest.
Następnie nie mówiąc do nas nic więcej wziął pieniądze i zniknął gdzieś między skałami.
P.S. Kot Mordechaj, kryst_ole i abmiros: dzięki, że czekacie na kolejne pocztówki. W końcu się udało i w końcu się doczekaliście:-)
abmiros: przeludnienie na świecie? Może jest to pomysł na jeden z następnych tekstów, choć jakoś ciągle myślami jestem w Sinkiangu… Pozdrawiam serdecznie!



























