Cotton Club

2010/01/19, wtorek

Duży drewniano-kamienny bar, a za nim półki, na których stoją butelki z alkoholem. Widać, że meble służą już od jakiegoś czasu. Gdzieniegdzie schodzi z nich farba. Ci, którzy lubią nowoczesne wnętrza, będą zawiedzeni. Wyłożone czerwonym aksamitem fotele i kelnerki w bluzkach ze stójkami uszytymi z tkanin w chińskie wzory, pasują bardziej do przełomu naszych lat 80 i 90-tych. Ale to jedno z nielicznych miejsc, które wydaje się mieć obsługę idealną. Uważną, wyszkoloną, obecną, a tym samym nie narzucającą się. Odkąd przyszłam tu po raz pierwszy miejsce to od razu uplasowało się na samym szczycie mojej listy ulubionych miejsc w Szanghaju.

Cotton Club. Podobno najstarszy działający w mieście bluesowo-jazzowy klub. Bez przepychu i zbędnych bibelotów. Z charakterystycznym witrażem mieniącym się odcieniami błękitu, z pomarańczowym logo i z facetem w kapeluszu. Z ‘żywym barem’. Żywym, czyli takim, przy którym spokojnie można usiąść, wypić drinka, zamienić kilka słów z sąsiadem albo z barmanem. Nie ma tu przepychających się do baru gości, bo salę obsługują kelnerki.

Każdego wieczoru (poza poniedziałkami, kiedy klub jest zamknięty) gra tutaj Amerykanin Greg Smith.
- Siedzę na tej scenie od 12 lat – zaczyna swoją opowieść, kiedy tylko zamieni się z nim parę słów. Chodzi w butach kowbojkach, ma długie siwe włosy, które spina w kucyk. – Przyjechałem do Szanghaju w odwiedziny do znajomego. Miałem być kilka dni, a zostałem do dziś. Znajomy wyjechał, a ja jestem tu dalej.

Cotton Club został otwarty w 1997 roku przez Tony Huang’a z pomocą Amerykanina Matta Hardinga. To on rok później sprowadził tu Grega, który siedząc z gitarą na wysokim stołku i wystukując nogą rytm, zaczyna codzienne granie. Najpierw spokojnie, często sam, dopiero później dołączają do niego pozostali muzycy, a wśród nich fantastycznie grający na trąbce młody Chińczyk. To pochodzący z Syczuanu Feng Yu Cheng.

Około 23.00 pojawia się gwiazda każdego wieczoru – pochodząca z St.Louis w stanie Missouri - Sugar Mama. Specjalnie dla niej członkowie zespołu przygotowują czerwone barowe krzesło i stolik, na którym zawsze stoi drink lub kieliszek z winem. Ma niewyobrażalnie długie paznokcie, palce ozdobione złotymi pierścionkami, a na nadgarstkach pęk bransoletek.
- Hi everybody! 大家好! – Wita się z publicznością – ooo! Barbara! Dobrze Cię widzieć! Mamy dziś jakieś urodziny? Rocznice ślubów albo rozwodów? – zagaduje publiczność. Ktoś się przyznaje do urodzin i zaczyna się set – Czuję się jak w Nowym Jorku! – po chwili krzyczy do widowni, która już porusza się w rytm muzyki. Siedzący przy barze dwaj około 70-letni Chińczycy zaczynają tańczyć. Dołączają do nich inni.

Kiedy przechodzę obok sceny, Sugar Mama krzyczy do mnie – Ej ty! Gdzie idziesz? Koncert się jeszcze nie skończył! – warczy wrogo, ale gdy pokazuję, że idę tylko w stronę toalety, macha przyjaźnie.
– Dobrze, że znowu z nami jesteś – mówi do mnie, kiedy wracam do stolika – gramy dalej!

Do Cotton Clubu przychodzą spragnieni dobrej muzyki Chińczycy, expaci, studenci i biznesmani. W garniturach, sukienkach albo jeansach, komu w czym wygodniej. Ceny nie są wygórowane, a atmosfera fantastyczna. W przeciwieństwie do pierwowzoru, szanghajski Cotton Club nie jest ani zbyt szykowny, ani też nie organizuje się tu tzw. celebrity nights. Szanghajska śmietanka towarzyska raczej tu nie zagląda, ale tak jak w tym nowojorskim Cotton Clubie, tak i tu ściągają fani dobrego bluesa i jazzu.

Warto też śledzić repertuar. Czasem bowiem zdarzają się prawdziwe niespodzianki, jak np. fantastyczny koncert duńskiego Big Bandu MI22.

Warto doczekać do końca. Warto wypić jeszcze tego ostatniego drinka, by usłyszeć chór kelnerek żegnających królową tego miejsca
- Bye Suger Mama! – wołają do niej, a ona brzęcząc bransoletkami macha im na pożegnanie. Wtedy Greg znowu zasiada przy barze, żeby pogadać z tymi, którzy jeszcze zostali.

Cotton Club
1416 Huaihai Zhong Lu,
淮海中路1416号
近复兴路

Otwarte: od wtorku do niedzieli od 19.30 do 1.30

P.S. Vazkez w piątkowy wieczór niestety będę siedzieć w samolocie, ale już tydzień później - w sobotę - jest wielce prawdopodobne, że odwiedzę Cotton Club:-)

Nad jeziorem Karakol (2008)

2009/12/15, wtorek

- Pięćdziesiąt lat temu – zaczął swą opowieść dziadek -  sześć żon to nie było nic nadzwyczajnego. Ludzie szukali odpowiednich partnerów, a jeśli się nie dogadywali, to szukali dalej. Teraz nie tak łatwo o rozwód. Chińczycy wszystko utrudniają – dodał zmartwiony.

Z Kaszgaru wyjechaliśmy o świcie, czyli wyruszyliśmy o 9:00 (według czasu pekińskiego), ale Alim uparcie twierdził, że o 7:00.

Po drodze, jeszcze zanim dotarliśmy w prawdziwe góry, musieliśmy zatrzymać się przy posterunku milicji, gdzie jak na granicy sprawdzili nasze dokumenty, dopytywali się, gdzie i w jakim celu jedziemy. Kiedy w końcu pozwolili nam ruszyć dalej, Alim nie mógł powstrzymać się przed narzekaniem, że od olimpiady podróżowanie Karakorum Highway stało się bardzo uciążliwe. Jechaliśmy drogą, którą można by dojechać aż do Pakistanu. Kusiło nas to niezmiernie, ale tym razem tylko Chiny.

W końcu zatrzymaliśmy się przy jeziorze. W listopadzie Karakol jest zamarznięty. Było wspaniale pusto i przeraźliwie zimno. Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i we trójkę (Alim, K i ja) spacerem udaliśmy się do położonej około 3700 m n.p.m wioski Subashi.

- Między nimi jest 15 lat różnicy? – by się upewnić, zapytałam naszego przewodnika. Kiwnął twierdząco głową i dodał, że ona jest jego szóstą żoną.

Elyas. Tak się nazywają. Rodzice, trzy córki, trzech synów i gromadka wnucząt. On ma 87 lat i jest bodaj najbardziej pomarszczonym człowiekiem, jakiego widziałam. Jego żona ma 72 i gdyby przenieść ją na polską wieś, niczym nie różniłaby się od naszych babć. Z Alimem rozmawiają mieszanką kirgiskiego i ujgurskiego.

- Rok temu przyszedł nakaz od władz prowincji – ciągnął dalej swą opowieść dziadek Eylas – że dziewczęta z naszej wioski muszą się zgłosić do pracy w fabrykach na wschodnim wybrzeżu. Nie było gadania. Podstawili autobus i już rok, odkąd ich nie widzieliśmy.

Pytającym wzrokiem spojrzałam na Alima, który po chwili wytłumaczył, iż z nakazem pracy, dziewczyny zostały odwiezione do prowincji Jiangsu na dwuletnie kontrakty. Tylko że po roku okazało się, iż jedna z nich zmarła.

Woda na kociołku zaczęła wrzeć. Babcia Elyas zalała nią herbatę, którą następnie zabieliła mlekiem jaka. Każdy dostał swoją miseczkę i kawałek podpłomyka. W tym czasie dziadek wstał, udał się w kąt izby i rozłożywszy dywanik, zaczął się modlić bijąc pokłony w stronę Mekki.

W wiosce jest szkoła, stary i nowy meczet, posterunek milicji. Budynek przychodni dopiero budują, a sklepu nie ma wcale. Pomimo tego prawie każdy dom posiada słoneczne panele. Podobno dar od rządu chińskiego. Stąd też w izbie zwisająca na kablu żarówka, ładowarka do telefonu komórkowego i dumnie stojący na starej komodzie telewizor.

W każdy piątek z Kaszgaru ciężarówka przywozi niezbędne towary. Mogą wtedy zrobić zakupy. Za pieniądze lub barterem. Zajmują się hodowlą jaków, których mleko i mięso sprzedają na bazarze w mieście.

Lepianki, w których mieszkają, zlewają się w całość z resztą krajobrazu, wtapiają się w piaskowy kolor gór. Jedynym budynkiem, który zupełnie do tego wszystkiego nie pasuje jest posterunek chińskiej milicji. Biały, z dachem pokrytym czerwoną blachą. Przy drodze natomiast, oddalonej od osady o jakieś 15 minut spacerem, postawiono drugi, wielki i przestronny milicyjny gmach. Góruje i pełni raczej rolę przygranicznego posterunku.

Kiedy tak siedzieliśmy popijając słoną od jakowego mleka herbatę, drzwi izby otworzyły się i do środka wbiegł 7-8 letni chłopiec. Dostał od babci miseczkę z mleczną herbata i rozłożył na podłodze zeszyty. Niezgrabnie, ołówkiem kreślił chińskie znaki. Mieszał kirgiski z mandaryńskim. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, co chciał powiedzieć.

Tymczasem dziadek Eylas skończy swą modlitwę i powrócił do opowiadania historii dziewcząt. Nie do końca rozumiałam, jak mieszkańcom wioski udało się wymusić na władzy ich powrót do domu. Alim też nie potrafił udzielić nam klarownej odpowiedzi. Jedno stało się jasne. Dziewczęta nie dokończą dwuletniego kontraktu. Po roku pracy wracają.
- Kiedy? – dopytywałam się
- Jutro – spokojnie odpowiedział dziadek. Nie mogłam uwierzyć w to, że zupełnie przez przypadek uda się nam wziąć udział w tak ważnym dla całej wioski wydarzeniu.

Dostaliśmy po cztery kołdry. Na dwóch trzeba było się położyć, a kolejnymi dwoma owinąć. Było przeraźliwie zimno. Cała drżałam, choć nie odważyłam się  ściągnąć polaru, rajstop ani spodni. Była dopiero 19.00, ale zabrakło już energii, telewizor wyłączył się, tak jak i zwisająca z sufitu żarówka. Rodzina Eylas jeszcze się krzątała. Wszyscy oni śpią razem w izbie, w której spędziliśmy większą część dzisiejszego dnia. My z Alimem zajęliśmy izbę drugą. Tę, która jest sypialnią młodych małżeństw, która czasem spełnia rolę pokoju dla gości. Tę, w której w ciągu dnia nie pali się ogień, w której jest tak zimno, że nie można skupić myśli i w której po kilku godzinach snu obudzę się z przeraźliwym bólem głowy.

Najpierw poczucie, że śni mi się, jak próbuję obudzić K. Jednak głos uwiązł mi w gardle, a z zimna nie mogłam poruszyć rękoma. Okropnie kręciło mi się w głowie, wrażenie, jakby sufit opadał. Powieki miałam ciężkie, tak ciężkie, że nie mogłam ich otworzyć i do tego ten narastający ból głowy.
- Co się dzieje? – zapytał zatroskany K. I wtedy okazało się, że to nie sen. Oczy miałam otwarte, ale w izbie było tak ciemno, że dosłownie nic nie można było dostrzec. Wiłam się w posłaniu, jakbym chciała uciec przed opadającym sufitem. Ale sufit był na swoim miejscu, to w mojej głowie kręciło się tak, że nie byłam pewna, co się ze mną dzieje. Zdawało mi się, że zaraz zwymiotuję. K poświecił latarką. Sufit przestał opadać. Wyjście na świeże powietrze, wymioty i środki przeciwbólowe pomogły. Rano nie było śladu po nocnych dolegliwościach.
- Złapała cię choroba wysokościowa – beznamiętnie stwierdził Alim i zarządził spacer po wiosce.

W jego trakcie zatrzymała nas tutejsza milicja.
- Po co tu przyjechaliście? Kiedy? Na jak długo? Czego tu szukacie? Czy macie pozwolenie na pobyt? U kogo nocujecie? Czemu nie zgłosiliście się na milicję z informacją, że zatrzymujecie się w wiosce? – zaatakował pytaniami.

Zażądali dokumentów od naszego przewodnika i odjechali do głównego budynku milicji, tego oddalonego od wioski o 15 minutowy spacer. Wróciliśmy do domu gospodarzy, by naradzić się z dziadkiem Elyas’em.
- Przecież nigdy nie robili mi tu problemów – rozżalił się Alim – zawsze u was nocuję.
- To proste – powiedział spokojnie dziadek – milicja nie chce, żeby obcokrajowcy byli obecni podczas powrotu naszych dziewczyn.
Od samego rana w wiosce trwało poruszenie. Ludzie w atmosferze święta i oczekiwania na ważną dla całej społeczności chwilę krzątali się między domami. Niektórzy stali już przy głównej drodze, choć nikt nie poinformował ludności, o której godzinie autokar ma nadjechać.

Dziadek poradził nam, abyśmy poszli do milicjantów, spróbowali się wytłumaczyć i ewentualnie jak najszybciej odjechali.

- Czego chcecie?– groźnie zapytał 20-latek pilnujący schodów na posterunek –– Dokumenty! - zasyczał
- Dajcie mu paszporty – powiedział do nas Alim, a sam zaczął tłumaczyć, że jego papiery mają milicjanci, którzy rano robili obchód wioski i że przyszliśmy po ich odbiór.
Młody zabrał nasze paszporty i bez słowa ruszył w górę schodów. Ja, jakoś tak odruchowo, podążyłam za nim.
- Nie wchodzić na schody! – wrzasnął do mnie i zagroził przewieszonym przez ramię kałasznikowem. Zamarłam.

Przed posterunkiem czekała spora grupa mieszkańców wioski. Debatowali, kiedy w końcu zjawi się autokar z dziewczynami. – Jadą! – krzyknął ktoś, ale po chwili zza zakrętu wyłoniła się ciężarówka. Emocje na chwilę opadły. Tylko do następnego warkotu silnika.

W końcu po kilkunastu minutach oczekiwania na schodach znowu pojawił się młody z kałasznikowem. W ręku trzymał nasze paszporty i dokumenty Alima.
- Tym razem wam się upiekło – zaczął – oddamy wam dokumenty, ale musicie natychmiast opuścić ten teren, natychmiast macie wrócić do Kaszgaru! – krzyknął.

Nie było dyskusji. Zostawiliśmy posterunek, mieszkańców czekających na drodze i rodzinę Elyas. Tego dnia długo musieli oni czekać na wracające z pracy dziewczyny. Jadąc do Kaszgaru na próżno wypatrywaliśmy autokaru wypełnionego młodymi kobietami.

P.S.
Podróż ta odbyła się w listopadzie 2008 roku, dlatego pomimo narzekań Alima na zaostrzone kontrole wprowadzone w związku z olimpiadą, poruszanie się po prowincji nie stanowiło większego problemu. Po wydarzeniach z lipca 2009 podobno już takiej swobody nie ma, ale jak jest naprawdę? Tego dowiem się dopiero w połowie przyszłego roku (o ile uda się zrealizować kolejny podróżniczy plan).

YLK – Niestety nie byłam na festiwalu jazzowym… Jeśli zaś chodzi o ceny w sklepiku z filmami przy Xinle, to płaciłam po 12-15 RMB.
Vazkez – jak odkrywanie Szanghaju? Udało się znaleźć coś ciekawego?

Kaszgar (2008)

2009/12/3, czwartek

- No widzisz babciu, że ta dwójka jest razem – usilnie tłumaczył staruszce naszą sytuację zapoznany chwilę wcześniej współpasażer naszego pociągu. Staliśmy w wąskim korytarzu z dwoma wielkimi plecakami. Większość osób odnalazła już swoje miejsca i z ciekawością się nam przyglądali. Babcia coś niewyraźnie odpowiedziała, sepleniąc głównie z braku zębów.
- Pokażcie mi swoje bilety – powiedział nasz nowy znajomy
Daliśmy mu, o co prosił, a on pochylił się nad staruszką i zaczął jej powoli tłumaczyć, że miejsce w przedziale obok jest dokładnie takie samo jak to, które ma teraz, a jeśli zgodzi się zamienić, to wtedy my będziemy mogli być razem.
- Ale gdzie oni jadą? – zapytała babcia
- No mówię, że tam, gdzie i ty.
- Do Kaszgaru? – zdziwiła się i popatrzyła na nas podejrzliwie

Bałam się odzywać po chińsku. Nie z obawy przed niegramatycznym zbudowaniem zdania, czy złymi tonami. Bałam się, bo to już nie są Chiny. To jest Azja Środkowa, Muzułmanie, zupełnie inna kultura. To są Ujgurzy, Tadżycy, Kirgizi, Uzbecy. Nie była to obawa przed napaścią czy agresją z ich strony, raczej jakieś poczucie, że dla nich to język najeźdźcy, więc woleliby się pewnie nim nie posługiwać. Uczą się go w szkołach, ale w domach nie mówią po chińsku. Ta moja obawa znikała, kiedy przed nami pojawiał się ktoś o typowo chińskim wyglądzie. I tak na posterunku policji, kiedy załatwiałam pozwolenie na wyjazd w góry, rozmowa toczyła się po mandaryńsku. Ale już na bazarze, w wąskich uliczkach starego miasta, nie byłam w stanie przemóc się i po chińsku odezwać.

Wyjazd do Kaszgaru był moim marzeniem. Bardziej niż cokolwiek innego chciałam zobaczyć tutejsze stare miasto. Mówi się o nim, że jest najlepiej zachowanym przykładem tradycyjnej islamskiej zabudowy. To tutaj kręcono fragmenty filmu „The Kite Runner” ( „Chłopiec z latawcem”), te których akcja toczy się w Afganistanie z połowy lat 70-tych. Ciągnął się wąskie uliczki, a przy nich domy z suszonej cegły – przeróżne. Niskie i wysokie. Z nadbudówkami, takie w których brakuje drzwi albo szyb, ale i takie z kolorowymi bramami. Przeważają zaniedbane balkony, panoszy się samowola budowlana. Niektóre z tych domów sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały się zawalić. A przecież stoją od lat. Tylko jak długo jeszcze?

Władze ChRL ogłosiły niedawno, że w imię ‘modernizacji’ stare miasto w Kaszgarze zostanie zburzone, a na jego miejsce powstaną nowoczesne osiedla. Już w 2003 roku wyburzono około tysiąca tego typu domów. Przez najbliższe 5 lat ma niknąc 85% zabudowy. Strach myśleć, że Chińczycy faktycznie chcą tego dokonać. (Więcej na ten temat we wpisie pt. Xinjiang skomplikowany)

Kaszgar to najbardziej na zachód wysunięte miasto w Chinach, w którym 90% ludności to Muzułmanie. Panuje tu ciepła i serdeczna atmosfera. Pięć razy dziennie rozbrzmiewa z głośników nawoływanie do modlitwy. Najstarszy i największy w mieście meczet to Id Kah. Pierwszy w tym miejscu powstał w 1442 roku, a ten dzisiejszy zbudowano w 1738 roku.

Po przekroczeniu imponującej bramy zbudowanej z żółtych cegieł, wkraczamy do parku. Niestety znowu listopad, czyli sucho, pusto i zimno. Wysuszone gałęzie łamią się pod nogami. W parku są dwa małe stawy i zadaszone miejsce do modlitwy, które podobno może pomieścić 7000 wiernych. Dalej już pawilony meczetu wyłożone czerwonymi i fioletowymi dywanami, które kontrastują z zielenią podtrzymujących konstrukcję drewnianych filarów. Meczet otwarty jest dla zwiedzających i pomimo, iż muzułmańskie kobiety nie mają tam wstępu, tak skromnie ubrane turystki mogą wejść do środka.

W całym mieście pełno straganów, na których lokalna społeczność sprzedaje towary wszelkiej maści. Od kozich głów po rękawice, od korali po zastawę stołową. Od kołder po wycofane z obiegu pieniądze, a wśród nich te z Saddamem Husajnem i nasz Mikołaj Kopernik na 1000zł niebieskim banknocie. Popołudniami tłumy przy bilardowych stołach, które stoją na ulicy. Grają mężczyźni i mali chłopcy. Starcy siedzą przed domami na zdezelowanych fotelach. Osiołki powoli i leniwie przemierzają miasto.

Na każdym kroku sprzedawane są podpłomyki, jogurty (nalewane prosto z garnka do miseczek lub w plastikowych kubeczkach), szaszłyki i coś na kształt orzechowego ciasta. Sprzedawcy siedzą na środku chodnika z rozsypanymi na gazetach suszonymi kwiatami i przyprawami, które później zalewa się wrzątkiem, jak herbatę. Można samemu stworzyć swoją mieszankę lub zdać się na wybór sprzedającego.

Kaszgar to miasto, w którym trzeba się zapodziać. Nie ma tu wyznaczonych turystycznych szlaków. Każda uliczka starego miasta może okazać się ciekawa, w każdej odnajdziemy rzemieślników mozolnie produkujących garnki, czy narzędzia, siedzące przed domami dzieci, kobiety, które szczelnie ukrywają każdy milimetr swojego ciała pod ciemnymi chustami.

Nowoczesna część miasta nie wzbudza już tak dużych emocji. Króluje tu olbrzymi posąg Mao i bloki mieszkalne. Pełno supermarketów i rozwrzeszczanej dzieciarni biegającej po centrach handlowych. Dopiero pod miastem znowu odnaleźć można ten Kaszgar sprzed lat. 5 kilometrów na północny wschód leży grobowiec Abakh Hoja. To XVII wieczny przywódca, którego 72 członków rodziny spoczywa tu wraz z nim. Wśród Chińczyków grobowiec znany jest bardziej z tego, iż podobno leży tu również Xiangfei (tzw. pachnąca konkubina). Abakh Hoja był jej dziadkiem. Ona natomiast została konkubiną cesarza Qianlong z dynastii Qing. Pomimo iż nie ma pewności, ze ciało Xiangfei faktycznie tu pochowano, to i tak historia ta wzbudza ogromne zainteresowanie.

Budynek mauzoleum wyłożony jest małymi kolorowymi kafelkami pośród których przeważa kolor zielony i niebieski. Królują kwiaty i motywy geometryczne, które w islamskim zdobienictwie są powszechne (istoty żywe uważano za tematykę boską). Niegdyś kopuła wieńcząca ten budynek wyłożona była zielonymi kafelkami. Niestety widać tu upływ czasu i brak dostatecznej konserwacji. Dziś już tylko cztery minarety mogą poszczycić się kolorową mozaiką. Nie przeszkadza to jednak tym, którzy przybyli, by oddać hołd pochowanym tu członkom rodziny Abakh Hoja. Leżą oni w stożkowych przykrytych kolorowymi tkaninami grobach, które ustawione zostały na podwyższeniu. W środku jest również powóz, którym z Pekinu przywiezione zostało ciało Xiangfei. Poza samym grobowcem znajdują się tu również cztery sale modlitewne, owocowy ogród i sadzawka, a cały kompleks otoczony jest murem.

Za murami, które otaczają mauzoleum znajduje się cmentarz. Kiedy spaceruje się po terenie mauzoleum, jest on zupełnie niewidoczny. Jednak przy samym murze ustawiono drewniane schodki i dopiero wspinając się na nie można zobaczyć leżące po drugiej stronie groby. Jest to nadal działające miejsce pochówku społeczności ujgurskiej.

Innym ciekawym grobowcem w Kaszgarze jest mauzoleum cenionego XI-wiecznego myśliciela i poety, który nazywał się Yusup Has Hajip. Grobowiec ten leży praktycznie w centrum miasta, wciśnięty między bloki mieszkalne. Budynek robi ogromne wrażenie szczególnie dzięki temu, iż cały wyłożony jest niebieskimi niewielkimi kafelkami, które kontrastują z ażurowymi zielono-żółtymi oknami.

- Jutro wyjeżdżamy o 7.00 – powiedział Alim. Poznaliśmy go kilka godzin wcześniej. Zaproponował, że pomoże nam dostać się do górskiej wioski, którą chcieliśmy odwiedzić. Obawiając się problemów ze strony chińskiej policji i braku potrzebnych zezwoleń, stwierdziliśmy, że przystaniemy na propozycje młodego Ujgura.
- O 7.00 czyli o 9.00? – zapytałam, żeby mieć pewność, że nie będzie pomyłki, ciągle bowiem nie było wiadomo, czy podawany przez niego czas jest czasem pekińskim, czy może tutejszym.
- O 7.00 czyli o 9.00 - doprecyzował

Turpan (2008)

2009/11/26, czwartek

Zakochałam się w tym miejscu od razu. To pierwszy bazar, który odwiedziliśmy podczas tej podróży i dlatego pozostanie najbardziej interesujący, choć jak się później okaże, ten w Kaszgarze bije turpański o głowę. Nieważne jednak, który jest większy, czy ciekawszy. Ten był pierwszy, dlatego też każdy następny nigdy już nie będzie wzbudzał tak wielkich emocji.

Zaczęliśmy od najedzenia się pierożkami, podpłomykami i owocami, słono przepłacając za ququra, czyli kluski z mięsnym nadzieniem podawane w warzywnej zupie. Ale taki już nasz los – los turysty. Czułam się nieswojo z tym przeświadczeniem, że tak rzucamy się w oczy. Niby nic. Żadnych ekstrawagancji w naszym ubraniu czy zachowaniu, ale na kilometr i tak widać, że nie jesteśmy stąd. A ja wolałabym wtopić się w tłum, zniknąć gdzieś między ludźmi, zaszyć się i cichutko niezauważona obserwować. Ciągną się tu stragany z narzędziami i tkaninami. Dalej mięso, warzywa, przyprawy, w końcu bazarowe gotowanie. Przy chwiejących się stolikach można zjeść wspominane już ququra, gotowaną baraninę, czy piyaz poshkal, czyli dość oleisty chleb z cebulą.

Temu wszystkiemu towarzyszy ten jakże przyjemny szelest codziennych spraw. Niby tak jak wszędzie na świecie, a jednak jest tu coś, co sprawia, że jest inaczej. Nie umiem tego nazwać ani bliżej określić. Może to tylko we mnie zrodziło się to zainteresowanie tym regionem i tym ludźmi, którzy wydają mi się tak bardzo ciekawi i interesujący.

Mimo całego bazarowego zgiełku, dało się odczuć harmonię tego wszystkiego, co działo się wokół nas - targujących się handlarzy, krzyczących na dzieci matek, starych babć owiniętych od stóp do głów, tych zainteresowanych dywanami, sukniami ślubnymi, czy tymi, którzy tu przyszli by się ostrzyc albo ogolić. Chaos zespolenia samochodów, skuterów i wozów zaprzęgniętych w osiołki dawał poczucie, że na wszystko jest tu miejsce. Poukładany świat sprzeczności.

Turpan (Tulufan 吐鲁番) to miasto leżące 150 kilometrów na południowy-wschód od Urumczi i stanowi część północnej odnogi Jedwabnego Szlaku. Zamieszkuje je około 250 tys. ludzi, z czego 70% to Ujgurzy. To miejsce znane z uprawy winorośli, a co za tym idzie z ogromnego wyboru win.

Sezon turystyczny już się skończył. Listopad to czas, kiedy niewiele osób decyduje się na przyjazd tutaj. O tej porze ziemia wygląda na wysuszoną. Turyści zazwyczaj podziwiają tutejszą winorośl, odpoczywają w jej cieniu, a my szliśmy jakby pustynną drogą. Piasek i kamienie. Zamiast zieleni ogrodów, mieliśmy zimowy surowy już obraz patyków. Kiedy porównuje się Turpan zimą do Turpanu latem wprost trudno uwierzyć, że to to samo miasto. Jakby zima przynosiła zupełne zapomnienie, a odrodzenie następujące wiosną było cudem.

Nasz przewodnik nie informował, jak dostać się do Emin Minaret. Poszliśmy więc pieszo, trochę na czuja, trochę pytając napotkanych ludzi o kierunek. 3 kilometrowy spacer okazał się być fantastycznym pomysłem, bo do meczetu prowadzi droga przez stary Turpan. Tumany kurzu, gliniane domy, kolorowe bramy i rozbiegane dzieci, które krzycząc ‘hello’ chętnie pozowały do zdjęć.

I w końcu jest. Wyłonił się z oddali. Odbijał piaskowym kolorem w listopadowym słońcu. Nie mogłam uwierzyć w to, że jesteśmy tu sami. Nie licząc dziadka sprzedającego rodzynki, pani w kasie i kobiety, która próbowała wcisnąć nam płyty z ujgurskim disco.

W jednym z przewodników po Chinach napisano: „Emin Minaret położony  na południowo-wschodnich peryferiach miasta. Powstał w 1778 roku; prosta w formie wieża jest raczej nieciekawa.” Autor, który to napisał, chyba nigdy tu nie był. A nawet jeśli był, to czy naprawdę trafiliśmy w to samo miejsce?

Wieża, o której w przewodniku tym napisano, że jest „nieciekawa”, to minaret w stylu afgańskim, najwyższy w Chinach mierzący 44 metry. Dzięki swej wyjątkowej fakturze sprawia wrażenie ażurowego, lekkiego. Wnętrze meczetu nie zachwyca, jakby był nieużywany od lat. Gdzieś w jego zakamarkach spotkaliśmy przewodnika, który zaprowadził nas na tarasik. Rozpościera się stąd widok na otaczające kompleks wysuszone o tej porze roku winnice.

Byłam pod tak wielkim wrażeniem tego miejsca, że wcale się nie odzywałam. K też milczał. Było cicho i spokojnie. Słońce łagodnie przygrzewało.

Siedząc na schodach prowadzących do meczetu, podziwiałam fakturę minaretu dziękując w duchu, że ślepo nie podążyliśmy za wskazówkami przewodnika, który radził omijać „raczej nieciekawe” atrakcje.

Listopadowe Urumczi (2008)

2009/11/22, niedziela

- Nie będą jeść? – zapytała nas obsługa pociągowego baru
- Nie, tylko dwa piwa – odpowiedziałam uprzejmie
Dziewczyna leniwym krokiem odeszła i po chwili postawiła na naszym stoliku dwie puszki piwa „Sinkiang”. To pierwsze moje zetknięcie się z prowincją, do której zmierzaliśmy.

- Nie będą jeść? – zapytała ponownie. Pokręciłam przecząco głową, a wtedy ona powiedziała – Tu się je, a nie pije.
Rozejrzałam się po całym wagonie. Wszystkie stoliki były wolne. Wybiła 16.00 i dopiero za dwie godziny pasażerowie przyjdą na kolację. Taki argument nie przemówił jednak do dziewczyny, która zmusiła nas do opuszczenia chińskiego Warsu. Usiedliśmy więc w korytarzu. Piwo, choć takie podobne do innych, smakowało bardzo egzotycznie.

Za oknem góry, pustynia, niedokończone kawałki autostrady w środku zupełnego odludzia, przełęcze, kamieniołomy i w oddali widoczne pola naftowe.

Jechaliśmy z Szanghaju do Urumczi, stolicy Regionu Autonomicznego Xinjiang. Pociąg wyjechał o 20:48 i dotarł na miejsce o 15:17, pokonując trasę 4077 kilometrów w 42 godziny.

Urumczi powitało nas listopadowym chłodem, szarością betonu i napisami po chińsku, ujgursku, a czasem nawet po rosyjsku. - To już nie są Chiny – pomyślałam sobie wtedy.
Powietrze pachniało baraniną i górami, podpłomykami i tym środkowoazjatyckim poczuciem, że świat jest daleko. Mieszały mi się w głowie obrazy. Śnieg w tutejszym Parku Ludowym i świeże winogrona sprzedawane na ulicy. Nic mi tu do siebie nie pasowało. Chińska pagoda w parku Hong Shan, pomimo iż z XVIII wieku wyglądała na plastikowo-betonową i jakby postawioną tu w zeszłym roku. Xinjiang, którego szukałam, udało się odnaleźć dopiero w małych targowych uliczkach i przed dworcem, tam gdzie uwidoczniła się ta etniczna mozaika Ujgurów, Mandżurów, Mongołów, Tadżyków, Kazachów i Chińczyków Han, którzy kiedyś przyjeżdżali tu w ramach przydziału pracy, a teraz stanowią połowę populacji miasta.

- Skąd jesteście? – łamanym rosyjskim zapytał nas rubaszny facet.

Siedział kilka stolików dalej i kątem oka obserwowałam, jak flirtuje z dwiema siedzącymi razem z nim kobietami. Wyglądały na Rosjanki z tym charakterystycznym makijażem w odcieniach błękitu, w kusych koronkowych sukienkach i włosach blond spiętych w koki. Śmiali się i żartowali popijając wódkę z małych kieliszków. Miny zrzedły im dopiero, kiedy do ich stolika przysiadł się biały około czterdziestoletni mężczyzna. Rozmawiali po rosyjsku. Kobiety zamilkły, a rubaszny stracił uśmiech w dwie sekundy. Biały wyglądał na groźnego. Skakali obok niego kelnerzy, reszta sali przestała się liczyć. Nagle wstał. Kobiety bez słowa podążyły za nim. Rubaszny podszedł do nas. Nie zdążyliśmy nic odpowiedzieć, kiedy nie wiadomo skąd, koło nas pojawił się i biały. Zamienił kilka cichych zdań z rubasznym, a do nas rzucił pogardliwie:
- Amerykanie?
- Nie – odpowiedział K – Polacy
- Aaaaa Polacy – powtórzył biały, uśmiechnął się i wyszedł. Rubaszny jakby odetchnął z ulgą.

Pierwszy raz w życiu poczułam się zagrożona. Siedzieliśmy w ujgurskiej restauracji. Takiej niby ekskluzywnej, a niby zapomnianej przez Boga. Wisiały tam kryształowe żyrandole, ale stoły wyłożone były ceratami. Ceny były jak najbardziej do zaakceptowania, ale klienci jacyś podejrzani. Towarzyszące im kobiety były zbyt nadto wystrojone. Prawie wszyscy mówili po rosyjsku. Byli głośni, a obsługa restauracji nienaturalnie uniżona. My natomiast faktycznie wyglądaliśmy jak zachodnia para. Ubrani w jeansy, w sportowe ocieplane kurtki, porządne trekingowe buty, z przewodnikiem Lonely Planet na stole.

- Inżynier? – powiedział rubaszny do K na mnie nie zwracając uwagi wcale
- Tak – odparł K i nie zdążył nic dodać, kiedy nasz nowy znajomy wyciągnął rękę i przedstawił się
- Ahmed. Jestem bokserem.

Popatrzyliśmy z K na siebie ledwo powstrzymując się od śmiechu. Bokserem to może i on był, ale 10 lat temu. Wyglądał tragikomicznie z tym swoim mini wąsikiem i stwierdzeniem ‘jestem bokserem’ na ustach. Rubaszny o nic więcej nie zapytał. Zatoczył się nieco i powrócił do swojego stolika. Wybiegł do nas, kiedy wychodziliśmy z restauracji.

- Muszę mieć z tobą zdjęcie – wykrzyknął i przytulił się. Śmierdziało od niego wódką i mięsem. Ułożył usta w tulejkę, jakby chciał mnie pocałować.

W tym zimowym okresie Urumczi miało coś z zapomnianego miasta. Życie toczyło się w nim jakby trochę z przymusu, próbując przebić się przez zalewającą je mgłę. Beton wylewał się z każdej jego strony, zupełnie nie pasując do nazwy miasta - ‘Piękne Pastwisko’ – które było już tylko metaforą, bo teraz przyszedł czas nowoczesnych rozwiązań.

Żadna jednak betonowa droga nie przybliży Urumczi do morza.
- Wiecie, że nasza stolica jest najdalej na świecie położonym miastem od morza i dlatego jest w Księdze Rekordów Guinnesa? – dumnie poinformował nas recepcjonista, kiedy meldowaliśmy się w hostelu. Wiedzieliśmy, ale by pozwolić mu cieszyć się tym faktem, udaliśmy bardzo mile zdziwionych i zainteresowanych tą informacją.

Następnego dnia zbudziły nas pierwsze takty ‘Marszu Ochotników’.
- Że co? – jęknęłam otwierając oczy.
Odsłoniłam zasłony, a tam na szkolnym boisku zebrała się gromada dzieci. Szły w rytm hymnu narodowego, piątkami. Każda grupa pilnowana przez jedną nauczycielkę. Robiło się jasno. Spojrzałam na zegarek. Oficjalnie była 9.00. A właściwie to 7.00. Mieszkańcy Xinjiangu żyją według czasu pekińskiego, choć ich życie poza rządowym ustaleniem toczy się według innego zegara. Listopadową porą dopiero o tej 9:00/7:00 robi się jasno, a zmrok zapada już o 15.00, czyli de facto o 17.00, dlatego też dla wielu brak czasu lokalnego jest uciążliwy. Geograficznie region ten powinien rozpoczynać i kończyć każdy dzień dwie godziny później, ale Pekin ustalił, że będzie tylko jeden właściwy czas dla całych Chin. Czas pekiński oczywiście.

Ostatnie takty ‘Marszu Ochotników’ rozbrzmiały wraz ze szkolnym dzwonkiem. Dzieci pośpiesznie weszły do szkoły, głośniki zamilkły, a my zaczęliśmy pakować plecaki.

Urumczi było tylko krótkim przystankiem w dalszej drodze.

Sklepik bez nazwy

2009/11/17, wtorek

Czasem wydaje mi się, że jest tam wszystko, czego mi potrzeba.

Sukienki, swetry, płaszcze. Albo sukienki, bluzki i koszulki. W zależności od pory roku. Tłumy w sobotnie i niedzielne popołudnia. Miła swoboda ruchów w poniedziałkowe poranki.

Tak jest w moim ulubionym sklepiku z ciuchami. Ulubionym w całym Szanghaju. A może ulubionym tak w ogóle? Wszędzie? Możliwe.

Jego istnienie odkryłam zupełnie przypadkowo. Łażąc po mieście bez celu kiedyś tam na początku mojego mieszkania w Chinach. Do dziś jest jednym z głównych miejsc, które odwiedzam. A wraz ze mną koleżanki, siostra, mama, kuzynka. W zależności od tego z kim akurat w Szanghaju jestem.

Sklepik nie ma nazwy. Brak szyldu, napisów na oknach zachęcających do zakupów sezonową obniżką cen. Tam jest ona przez cały czas. Nie ma w nim ładnej ekspozycji towaru, po prostu wszystko wisi na wieszakach przytulone jedno do drugiego, by jak najwięcej pomieścić. Nie ma też możliwości zapłaty kartą kredytową, a za reklamówkę trzeba płacić, jak w spożywczym.

Są za to niezliczone ilości sukienek, spódnic, kurtek, a nawet sztucznych futer. Są swetry, tuniki, getry, marynarki i płaszcze. I nic nie byłoby w tym aż tak zaskakującego gdyby nie to, że to ubrania dobrze odszyte, wykonane z ładnych tkanin, w ciekawych wzorach i z ‘chińskimi cenami’.

Czasem można znaleźć sukienki wykańczane kamieniami po 100 czy 200 RMB. Wełniane płaszcze za 250 i swetry za 80. Bo to wszystko towar przeceniony. Nie wiadomo skąd się wziął, w jakich innych sklepach się nie sprzedał. Nie ma to jednak żadnego znaczenia skoro trafia tutaj. A tutaj na ten towar, kiedy tylko mam okazję, czekam ja. Choć zdarzają się takie chwile, kiedy w sklepiku nie ma nic, co wpadłoby mi w oko, to jednak w większości przypadków wychodzę stamtąd z nowym ciuchem.

I tak ostatnio wyczekałam sobie śliczną zimową wełnianą sukienkę… za 140 RMB.

Sklepik bez nazwy
新乐路66号 (No. 66 Xinle Road)
Otwarte od 10:00 do 22:00
Dwa sklepiki tej samej ‘sieci’ są też na 瑞金二路

P.S. Na tej samej Xinle Road odkryłam też najlepszy – jak się wydaje – sklepik z filmami. Jakość filmów bardzo dobra, a wybór ogromy. Włączając w to np. filmy, o których na łamach Polityki w tekście pt. „Chińskie kino siódmej generacji” pisał ostatnio Janusz Wróblewski.

Big Movie DVD Video
新乐路158号 (No. 158 Xinle Road)
Otwarte od 10:00 do 1:00

Lions of Puxi

2009/10/14, środa

Nie jestem wielką fanką Klubu JZ i nie śledzę tego, co się tam każdego wieczoru dzieje, ale w związku z ograniczoną ilością miejsc, które mnie w Szanghaju muzycznie interesują, bywam w JZ stosunkowo często.

Lions of Puxi grają we wspomnianym klubie regularnie. Mają swoją publiczność, która wiwatuje, kiedy tylko pojawiają się na scenie. Szczególnie chińska jej część szaleje, gdy tylko słychać pierwsze takty piosenki Sting’a „Englishman in New York”. A szaleje dlatego, że ich wersja tej piosenki brzmi „Shanghai de Faguo Ren” (上海的法国人), czyli ‘Francuz w Szanghaju’. Są pierwszą w Chinach kapelą reggae. Grupa powstała w 2008 roku, a w jej skład wchodzą Gauthier Roubichou (wokal), Gilbert Kuppussami (wokal i bębny), Vladimir Le (gitara), Jason (klawisze), Alain Couronne (bas), Johnny Joseph (perkusja), Quentin Paquignon (saksofon).

Charyzmatyczny wokalista Gauthier Roubichou (Francja) jest wulkanem energii. W kapeluszu, nieustannie tańczący i ciągle uśmiechnięty. Śpiewa po angielsku, francusku i chińsku. Niby nic, a cieszy. Szczególnie, iż widać, że sami muzycy świetnie się przy tym wszystkim bawią. Nagrany przez nich na ulicach Szanghaju teledysk do hitowego coveru, rozsławił ich nie tylko w mieście, ale i w całych Chinach. Zagrali na Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym w mieście Sanya na wyspie Hajnan, stale występują w Hangzhou i w Pekinie, a w nadchodzący weekend będą grali w ramach Szanghajskiego Festiwalu Jazzowego.

Na co dzień w Szanghaju poza JZ można posłuchać ich jeszcze w Mural Bar, który bardziej niż JZ wpisuje się stylem i cenami w muzykę zespołu.

Wtedy na koncercie w Mural Bar Lions of Puxi długo kazali na siebie czekać. Pierwszy set rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, ale jak tylko muzycy pojawili się na scenie, tłum zaczął szaleć. Kapela ma stałą grupę wiernych fanów, którzy na każdy koncert przychodzą w koszulkach zespołu. Ja może wierną fanką nie jestem, ale lubię doceniam i polecam.

Po więcej informacji zapraszam na:

www.puxi.me

www.jzfestival.com

Frenchman In Shanghai 上海的法国人

Wielkie świętowanie

2009/10/2, piątek

Obudziłam się w momencie, gdy na ekranie mojego telewizora, pojawiła się czarna limuzyna, a w niej na baczność stojący, wyprostowany jak struna, dumny… Mao Zedong (毛泽东).

- Jak to Mao? – pomyślałam zdziwiona i jeszcze chyba na wpół śpiąca – Chińczycy postanowili obwieźć po placu Tiananmen woskową figurę ukochanego przywódcy, bo przecież nie zabalsamowane ciało?

Zaraz potem przyszła refleksja, że w Chinach wszystko jest możliwe, nawet taka dziwna inscenizacja. W końcu to 60-ta rocznica, więc czemu nie…

Minęło kilkanaście długich sekund i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to nie Mao, tylko prezydent Hu Jintao (胡锦涛). Ale jednak coś w nim z Mao jest. Jakby przytył, w tej czarnej marynarce z kołnierzykiem prawie stójką, zapiętą na duże guziki.

Przygotowałam się do obejrzenia relacji z parady. Uroczystości na taką skalę organizowane są co 10- lat. Nie chciałam więc stracić okazji i czekać koleją dekadę. Kubek z zieloną herbatą, ciasteczka, koc, wszystko po to, by wytrwać przed telewizorem jak prawdziwy Chińczyk. Najpierw chciałam obejrzeć wywiady poprzedzające relację na żywo, a potem już samą paradę, stąd też ta zbyt wczesna pobudka. Zasnęłam, zanim cokolwiek się zaczęło.

Dopiero ta niefortunna pomyłka i niedowierzanie, że widzę Mao, obudziło mnie na dobre.

W głowie pozostały wypowiedzi generałów, wykładowców chińskich uczelni, dziennikarzy, że uroczystości nie będą pokazem siły. Chiny nikogo nie chcą przestraszyć. Miała to być parada postępu, modernizacji i nowoczesności. Podniesione morale i duma z rozkwitu państwa.

Najważniejsze osobistości Chińskiej Republiki Ludowej oglądały paradę z Bramy Niebiańskiego Spokoju. W atmosferze euforycznej radości przed Hu Jintao i innymi oficjelami w asyście tysięcy statystów przeniesiono flagę i godło. Zaraz potem uroczyście przemaszerowano z portretem ukochanego Mao Zedonga, a za nim obraz z podobizną Deng Xiaping’a (邓小平), następnie trzecie pokolenie czyli Jiang Zemin (江泽民) i w końcu Hu Jintao. Wplecenie w pochód oryginalnych nagrań z wypowiedziami tych przywódców wzbudziło zachwyt.

Podczas przemarszu 3 kilometrowej parady, grała orkiestra wojskowa w skład której weszło 2000 muzyków. Wszystko znowu musiało być najlepsze i w ogóle naj. Najwięcej fajerwerków – co znaczy, więcej niż podczas igrzysk – najlepszy reżyser (Zhang Yimou), czyli ten sam, który przygotowywał uroczystości otwarcia i zakończenia olimpiaday. Najlepsi tancerze, piloci, najlepsze rakiety i czołgi.

Pośród tego wszystkiego przemarsz tematyczny – rolnictwo, transport, przemysł energetyczny, media, sport, parada olimpijczyków, niepełnosprawnych, tancerzy, poszczególnych prowincji, dzieci, mniejszości etnicznych. Czekałam aż przejedzie inscenizacja Szanghaju. Perła Orientu, JinMao i oczywiście Haibao. Duża plastikowa figurka Expo 2010 w prawej ręce trzymała flagę, a w lewej bukiet sztucznych kwiatów, którymi na przemian z flagą wymachiwała.

Nie da się jednak ukryć, że najważniejsza była ta pierwsza część przemarszu. Latały samoloty… czwórkami, piątkami, szóstkami. Wszystko po to, by zadziwić, nie daj boże straszyć kogokolwiek oczywiście. Ciągnęły się niemiłosiernie zastępy żołnierzy, saperów, marynarzy, czołgów, ciężarówek i rakiet. Równiutko, jakby od linijki. Krok za krokiem. Zawsze dziwiła mnie ta umiejętność synchronicznego poruszania się w marszu, tańcu czy zmieniających się haseł, tworzonych przez Chińczyków kryjących się pod kolorowymi tabliczkami.

Całe to wydarzenie, to tryumf plastikowych kwiatów i wojskowego sprzętu made in China. Tego wszystkiego jednak mogliśmy się spodziewać. Największe zdziwienie wzbudziła we mnie parada obcokrajowców. Po raz pierwszy bowiem w oficjalnych obchodach w roli uczestników udział wzięli nie-Chińczycy. W większości podobno studenci. Podobno ubrani w tradycyjne stroje chińskie, ale też podobno niektórzy w swoich strojach narodowych, a jeszcze inni podobno w koszulkach z napisem: Kocham Chiny. Podobno, bo akurat tę część procesji reżyser transmisji na żywo postanowił nie pokazywać. Obcokrajowcy idą przed Hu Jintao, a ja w tym czasie na ekranie widzę machających generałów. A taka byłam ciekawa, czy oni szli równym krokiem? A może mieli jakiś układ taneczny? Machali czerwonymi szarfami, czy może mieli w rękach chińskie flagi?

Formacja ‘Lepsze jutro” z niezliczoną ilością kolorowych balonów wypuszczonych w niebo miała być chyba łagodnym zakończeniem. Zaczęliśmy bowiem od twardej sprawy wojska, a kończymy na niewinnych chińskich dzieciach, które pobiegły pod bramę, by z miłością pomachać Hu Jintao.

Bo Chińczycy kochają swojego przywódcę, a przywódca kocha wszystkich Chińczyków. Obcokrajowcy, a przynajmniej Ci, którzy szli w paradzie, kochają Chiny. Chiny natomiast nie chcą nikogo straszyć, chcą pokazać, jakie są nowoczesne, odważne, zmodernizowane, a jeśli ktoś przestraszy się tej nowoczesności, to już przecież nie jest wina Chin.

Silk Road Project

2009/09/28, poniedziałek

Największą obawą było to, czy nas w ogóle na ten koncert wpuszczą. Jakoś wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale kiedy zobaczyłam, że moja znajoma idzie w czarnej sukience i butach na obcasach, zamarłam - z obawy, że jako jedyna zostanie do Royal Albert Hall wpuszczona.

To była spontaniczna decyzja, żeby pojechać. Specjalnie na koncert Silk Road Ensemble, by posłuchać i zobaczyć to połączenie kultur, by odszukać w tej muzyce elementów chińskiego świata nie tylko w osobie wiolonczelisty Yo-Yo Ma (马友友).

Na ten czterodniowy wyjazd do Londynu zabrałam tylko jeansy, trampki i czarny sweter. Reszta z nas równie nierozważnie pakowała swoje plecaki. Tak oto poszliśmy. Z obawą, że późnym wieczorem nie będziemy wymieniać spostrzeżeń dotyczących tego koncertu, tylko że będziemy wsłuchiwać się w relacje tej, której jako jedynej uda się na koncert wejść. Tymczasem nikt nie zwrócił uwagi na to, co mieliśmy na sobie. Były oczywiście damy w sukniach i kapeluszach, ale takich jak my też było sporo. W ogóle uderzyła mnie ta dowolność angielska. Od loży z kieliszkami ze schłodzonym szampanem, po możliwość siedzenia na podłodze pod samą sceną.

Silk Road Project pod wodzą wiolonczelisty Yo-Yo Ma to projekt, który zrzesza około 60 artystów z całego świata, ale głównie z terenów, gdzie przebiegały drogi Jedwabnego Szlaku – od Chin przez Indie, Bliski Wschód aż po Morze Śródziemne. Chodziło o połączenie kultur i ludzi z tych kultur się wywodzących, o połączenie które nie będzie tymczasowe. Ta symbioza, kryjąca się pod nazwą Silk Road Project trwa już od ponad 10 lat. Nie ogranicza się jedynie do muzyki, chodzi o wymianę myśli, doświadczeń, wiedzy.

Yo-Yo Ma sam w sobie jest mieszanką kultur. Urodzony w chińskiej rodzinie w Paryżu, wychowany w Stanach Zjednoczonych, łączy Azję, Europę i Amerykę. Kiedy w końcu pojawił się na scenie widownia wydała z siebie westchnienie zachwytu. Rozległy się brawa i usłyszeliśmy delikatne brzemienie fletów – najpierw chińskiego bawu, a potem japońskiego shakuhachi. Później doszła chińska lutnia (pipa), również chińskie sheng (starożytny instrument dęty) i ruan (instrument szarpany) oraz hinduska tabla (para małych bębnów). Do tego skrzypce, perkusja i oczywiście wiolonczela.

Artyści zrzeszeni w tym projekcie inspiracje czerpią ze źródeł między kontynentalnej wędrówki. Kiedy grają, wiruje gdzieś między nimi a widownią swoboda ruchów, dźwięków i myśli. Oderwanie od rzeczywistości i przemierzanie szlaków choćby w myślach tylko. To muzyka łącząca w sobie różnorodność poszczególnych kontynentów i poszczególnych twórców.

Ludzie z zamkniętymi oczami leżeli na podłodze, inni poddawali się dźwiękom rytmicznie ruszając ciałem. Ogarniało nas wszystkich dziwne skupienie, żeby jak najwięcej z tego wynieść, zapamiętać, przeżywać ciągle na nowo. Czuć siłę każdego dźwięku, energię pozytywnych emocji i ten dreszcz niepokoju przed kolejną podróżą. Na koniec wszyscy wypadliśmy ze schematu poważnego kontemplowania muzyki. Był już tylko szał grania, okrzyków ze sceny i z widowni. Wszystko zakończyło się wielkim muzycznym zwariowaniem. Połączeniem tak różnych dźwięków, instrumentów, pasji i wizji.

Po więcej informacji na temat Silk Road Project zapraszam na: www.silkroadproject.org

Schodami na most Lupu

2009/08/31, poniedziałek

To było jeszcze podczas tych lipcowych upałów. 40 stopni, a mi zachciało się wtedy miejskiej wycieczki.

- Skąd wiedzieliście, że można tu przyjść? – z zaciekawieniem zapytał młody przewodnik, z którym weszliśmy do windy.
Opowiedziałam mu więc pokrętną historię, jak to od kilku tygodniu próbowaliśmy się tu wybrać, jak wyciągała nas na ten most moja niemiecka znajoma, a jej o takiej możliwości powiedział jakiś Chińczyk z pracy.
- Pytam dlatego, że – dopowiedział przewodnik –odwiedzają nas głównie Chińczycy.

Byliśmy sami. My we dwoje i ten, co nas eskortował. Wysiedliśmy z windy i na równi z autami przejeżdżającymi po moście, szliśmy w stronę Pudongu. Jeszcze przed wejściem do windy musieliśmy zostawić plecak i butelki z wodą.
- Czemu kazaliście zostawić nam rzeczy w szatni? – zapytałam raczej po to, by potwierdzić moje przewidywania, że to w ramach bezpieczeństwa, żeby komuś nie przyszło do głowy wysadzenie mostu w powietrze. Ku memu zdziwieniu przewodnik odpowiedział, że chodzi o to, by ludzie nie mieli w rękach butelek, czy też innych przedmiotów, żeby – celowo lub przez przypadek – nie rzucać nic do wody ani tym bardziej pod koła jadących po moście samochodów.
- No tak – powiedziałam karcąc w myślach samą siebie za brak domyślności i to moje przekonanie o czyhającej wszędzie chińskiej teorii spiskowej.

Most projektowany i budowany był przy fali pytań, czy aby kosztowny projekt faktycznie powinien zostać zrealizowany tylko po to, by Chiny mogły się chwalić największym na świecie mostem łukowym (główne przęsło ma 550 metrów długości). Pomimo tego, że od 2003 roku mogą się chwalić, to możliwość wejścia na łuk jest mało rozpowszechniona. Faktycznie, nie ma o tym zbyt wiele informacji w Internecie, krótka notka w przewodniku po Szanghaju (TimeOut) jakoś wcześniej nie rzuciła mi się w oczy, a w Lonely Planet Shanghai ani słowa o takiej atrakcji. Wcześniej też nikt poza Niemką, która i tak dowiedziała się od Chińczyków, nie mówił nic o takiej możliwości. Dopiero dokładnie precyzując zapytanie i wpisując w wyszukiwarkę hasło: climb Lupu bridge, można znaleźć informacje na ten temat.

367 stopni i 100 metrów nad rzeką Huangpu.
Staliśmy na tarasie widokowym a pod nami niezliczona ilość aut, ciężarówek i autobusów, a niżej na rzece barki. Jedna za drugą, jakby pływające tam i z powrotem. Dopiero z tej wysokości widać szanghajskie korki.

Wiją się ślimakami estakady, dojazdy do mostu, a na nich sznury pojazdów. Po dwa, trzy pasy ruchu. Wszystko stoi. Dopiero na moście się to jakoś rozluźnia. Sam taras widokowy – jak podają źródła internetowe – jest wielkości boiska do koszykówki, ale kiedy się tam faktycznie jest, zdaje się nie być taki duży.

- Skąd jesteście? – zapytał zaciekawiony nami przewodnik, a kiedy usłyszał, że z Polski, od razu pokazał nam, w którym miejscu budują nasz pawilon na Expo. Właściwie pokazał nam go zaraz po tym, jak sam skończył się zachwycać pawilonem chińskim.

Tego dnia widzialność nie była zbyt dobra, ale Perłę Orientu, JinMao i szanghajskie World Trade Center można było zobaczyć bez trudu. W oddali rysował się też most Nanpu, na który zresztą również się wtedy wybraliśmy. Tam bilet kosztuje tylko10 RMB i można zwyczajnie przejść na drugą stronę. Spacer jednak mało przyjemny. Widoki niezłe, choć obawa przed byciem staranowanym przez mknące auta dość duża i to pomimo chroniących nas bramek. Na Lupu wchodzimy na szczyt łuku, można więc w miarę spokojnie kontemplować widok Szanghaju. Jednak tędy nie da się przejść na drugą stronę rzeki. Można podziwiać widoki i wrócić do miejsca, z którego się przyszło.

- Opowiedzcie o tej atrakcji znajomym! – krzyknął do nas na pożegnanie przewodnik – niech cały świat się o nas dowie.

No więc. Niech się dowie!

Adres:
Lupu Daqiao (卢浦大桥)
909 Luban Road (鲁班路909号) – najlepiej dojechać do pętli autobusowej przy Luban Road.
Bilet: 68RMB
Zdjęcie samego mostu przy wpisie pt. Przygotowania do Expo 2010 (zdjęcie z Haibao).