Sklepik bez nazwy

2009/11/17, wtorek

Czasem wydaje mi się, że jest tam wszystko, czego mi potrzeba.

Sukienki, swetry, płaszcze. Albo sukienki, bluzki i koszulki. W zależności od pory roku. Tłumy w sobotnie i niedzielne popołudnia. Miła swoboda ruchów w poniedziałkowe poranki.

Tak jest w moim ulubionym sklepiku z ciuchami. Ulubionym w całym Szanghaju. A może ulubionym tak w ogóle? Wszędzie? Możliwe.

Jego istnienie odkryłam zupełnie przypadkowo. Łażąc po mieście bez celu kiedyś tam na początku mojego mieszkania w Chinach. Do dziś jest jednym z głównych miejsc, które odwiedzam. A wraz ze mną koleżanki, siostra, mama, kuzynka. W zależności od tego z kim akurat w Szanghaju jestem.

Sklepik nie ma nazwy. Brak szyldu, napisów na oknach zachęcających do zakupów sezonową obniżką cen. Tam jest ona przez cały czas. Nie ma w nim ładnej ekspozycji towaru, po prostu wszystko wisi na wieszakach przytulone jedno do drugiego, by jak najwięcej pomieścić. Nie ma też możliwości zapłaty kartą kredytową, a za reklamówkę trzeba płacić, jak w spożywczym.

Są za to niezliczone ilości sukienek, spódnic, kurtek, a nawet sztucznych futer. Są swetry, tuniki, getry, marynarki i płaszcze. I nic nie byłoby w tym aż tak zaskakującego gdyby nie to, że to ubrania dobrze odszyte, wykonane z ładnych tkanin, w ciekawych wzorach i z ‘chińskimi cenami’.

Czasem można znaleźć sukienki wykańczane kamieniami po 100 czy 200 RMB. Wełniane płaszcze za 250 i swetry za 80. Bo to wszystko towar przeceniony. Nie wiadomo skąd się wziął, w jakich innych sklepach się nie sprzedał. Nie ma to jednak żadnego znaczenia skoro trafia tutaj. A tutaj na ten towar, kiedy tylko mam okazję, czekam ja. Choć zdarzają się takie chwile, kiedy w sklepiku nie ma nic, co wpadłoby mi w oko, to jednak w większości przypadków wychodzę stamtąd z nowym ciuchem.

I tak ostatnio wyczekałam sobie śliczną zimową wełnianą sukienkę… za 140 RMB.

Sklepik bez nazwy
新乐路66号 (No. 66 Xinle Road)
Otwarte od 10:00 do 22:00
Dwa sklepiki tej samej ‘sieci’ są też na 瑞金二路

P.S. Na tej samej Xinle Road odkryłam też najlepszy – jak się wydaje – sklepik z filmami. Jakość filmów bardzo dobra, a wybór ogromy. Włączając w to np. filmy, o których na łamach Polityki w tekście pt. „Chińskie kino siódmej generacji” pisał ostatnio Janusz Wróblewski.

Big Movie DVD Video
新乐路158号 (No. 158 Xinle Road)
Otwarte od 10:00 do 1:00

Lions of Puxi

2009/10/14, środa

Nie jestem wielką fanką Klubu JZ i nie śledzę tego, co się tam każdego wieczoru dzieje, ale w związku z ograniczoną ilością miejsc, które mnie w Szanghaju muzycznie interesują, bywam w JZ stosunkowo często.

Lions of Puxi grają we wspomnianym klubie regularnie. Mają swoją publiczność, która wiwatuje, kiedy tylko pojawiają się na scenie. Szczególnie chińska jej część szaleje, gdy tylko słychać pierwsze takty piosenki Sting’a „Englishman in New York”. A szaleje dlatego, że ich wersja tej piosenki brzmi „Shanghai de Faguo Ren” (上海的法国人), czyli ‘Francuz w Szanghaju’. Są pierwszą w Chinach kapelą reggae. Grupa powstała w 2008 roku, a w jej skład wchodzą Gauthier Roubichou (wokal), Gilbert Kuppussami (wokal i bębny), Vladimir Le (gitara), Jason (klawisze), Alain Couronne (bas), Johnny Joseph (perkusja), Quentin Paquignon (saksofon).

Charyzmatyczny wokalista Gauthier Roubichou (Francja) jest wulkanem energii. W kapeluszu, nieustannie tańczący i ciągle uśmiechnięty. Śpiewa po angielsku, francusku i chińsku. Niby nic, a cieszy. Szczególnie, iż widać, że sami muzycy świetnie się przy tym wszystkim bawią. Nagrany przez nich na ulicach Szanghaju teledysk do hitowego coveru, rozsławił ich nie tylko w mieście, ale i w całych Chinach. Zagrali na Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym w mieście Sanya na wyspie Hajnan, stale występują w Hangzhou i w Pekinie, a w nadchodzący weekend będą grali w ramach Szanghajskiego Festiwalu Jazzowego.

Na co dzień w Szanghaju poza JZ można posłuchać ich jeszcze w Mural Bar, który bardziej niż JZ wpisuje się stylem i cenami w muzykę zespołu.

Wtedy na koncercie w Mural Bar Lions of Puxi długo kazali na siebie czekać. Pierwszy set rozpoczął się z godzinnym opóźnieniem, ale jak tylko muzycy pojawili się na scenie, tłum zaczął szaleć. Kapela ma stałą grupę wiernych fanów, którzy na każdy koncert przychodzą w koszulkach zespołu. Ja może wierną fanką nie jestem, ale lubię doceniam i polecam.

Po więcej informacji zapraszam na:

www.puxi.me

www.jzfestival.com

Frenchman In Shanghai 上海的法国人

Wielkie świętowanie

2009/10/2, piątek

Obudziłam się w momencie, gdy na ekranie mojego telewizora, pojawiła się czarna limuzyna, a w niej na baczność stojący, wyprostowany jak struna, dumny… Mao Zedong (毛泽东).

- Jak to Mao? – pomyślałam zdziwiona i jeszcze chyba na wpół śpiąca – Chińczycy postanowili obwieźć po placu Tiananmen woskową figurę ukochanego przywódcy, bo przecież nie zabalsamowane ciało?

Zaraz potem przyszła refleksja, że w Chinach wszystko jest możliwe, nawet taka dziwna inscenizacja. W końcu to 60-ta rocznica, więc czemu nie…

Minęło kilkanaście długich sekund i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to nie Mao, tylko prezydent Hu Jintao (胡锦涛). Ale jednak coś w nim z Mao jest. Jakby przytył, w tej czarnej marynarce z kołnierzykiem prawie stójką, zapiętą na duże guziki.

Przygotowałam się do obejrzenia relacji z parady. Uroczystości na taką skalę organizowane są co 10- lat. Nie chciałam więc stracić okazji i czekać koleją dekadę. Kubek z zieloną herbatą, ciasteczka, koc, wszystko po to, by wytrwać przed telewizorem jak prawdziwy Chińczyk. Najpierw chciałam obejrzeć wywiady poprzedzające relację na żywo, a potem już samą paradę, stąd też ta zbyt wczesna pobudka. Zasnęłam, zanim cokolwiek się zaczęło.

Dopiero ta niefortunna pomyłka i niedowierzanie, że widzę Mao, obudziło mnie na dobre.

W głowie pozostały wypowiedzi generałów, wykładowców chińskich uczelni, dziennikarzy, że uroczystości nie będą pokazem siły. Chiny nikogo nie chcą przestraszyć. Miała to być parada postępu, modernizacji i nowoczesności. Podniesione morale i duma z rozkwitu państwa.

Najważniejsze osobistości Chińskiej Republiki Ludowej oglądały paradę z Bramy Niebiańskiego Spokoju. W atmosferze euforycznej radości przed Hu Jintao i innymi oficjelami w asyście tysięcy statystów przeniesiono flagę i godło. Zaraz potem uroczyście przemaszerowano z portretem ukochanego Mao Zedonga, a za nim obraz z podobizną Deng Xiaping’a (邓小平), następnie trzecie pokolenie czyli Jiang Zemin (江泽民) i w końcu Hu Jintao. Wplecenie w pochód oryginalnych nagrań z wypowiedziami tych przywódców wzbudziło zachwyt.

Podczas przemarszu 3 kilometrowej parady, grała orkiestra wojskowa w skład której weszło 2000 muzyków. Wszystko znowu musiało być najlepsze i w ogóle naj. Najwięcej fajerwerków – co znaczy, więcej niż podczas igrzysk – najlepszy reżyser (Zhang Yimou), czyli ten sam, który przygotowywał uroczystości otwarcia i zakończenia olimpiaday. Najlepsi tancerze, piloci, najlepsze rakiety i czołgi.

Pośród tego wszystkiego przemarsz tematyczny – rolnictwo, transport, przemysł energetyczny, media, sport, parada olimpijczyków, niepełnosprawnych, tancerzy, poszczególnych prowincji, dzieci, mniejszości etnicznych. Czekałam aż przejedzie inscenizacja Szanghaju. Perła Orientu, JinMao i oczywiście Haibao. Duża plastikowa figurka Expo 2010 w prawej ręce trzymała flagę, a w lewej bukiet sztucznych kwiatów, którymi na przemian z flagą wymachiwała.

Nie da się jednak ukryć, że najważniejsza była ta pierwsza część przemarszu. Latały samoloty… czwórkami, piątkami, szóstkami. Wszystko po to, by zadziwić, nie daj boże straszyć kogokolwiek oczywiście. Ciągnęły się niemiłosiernie zastępy żołnierzy, saperów, marynarzy, czołgów, ciężarówek i rakiet. Równiutko, jakby od linijki. Krok za krokiem. Zawsze dziwiła mnie ta umiejętność synchronicznego poruszania się w marszu, tańcu czy zmieniających się haseł, tworzonych przez Chińczyków kryjących się pod kolorowymi tabliczkami.

Całe to wydarzenie, to tryumf plastikowych kwiatów i wojskowego sprzętu made in China. Tego wszystkiego jednak mogliśmy się spodziewać. Największe zdziwienie wzbudziła we mnie parada obcokrajowców. Po raz pierwszy bowiem w oficjalnych obchodach w roli uczestników udział wzięli nie-Chińczycy. W większości podobno studenci. Podobno ubrani w tradycyjne stroje chińskie, ale też podobno niektórzy w swoich strojach narodowych, a jeszcze inni podobno w koszulkach z napisem: Kocham Chiny. Podobno, bo akurat tę część procesji reżyser transmisji na żywo postanowił nie pokazywać. Obcokrajowcy idą przed Hu Jintao, a ja w tym czasie na ekranie widzę machających generałów. A taka byłam ciekawa, czy oni szli równym krokiem? A może mieli jakiś układ taneczny? Machali czerwonymi szarfami, czy może mieli w rękach chińskie flagi?

Formacja ‘Lepsze jutro” z niezliczoną ilością kolorowych balonów wypuszczonych w niebo miała być chyba łagodnym zakończeniem. Zaczęliśmy bowiem od twardej sprawy wojska, a kończymy na niewinnych chińskich dzieciach, które pobiegły pod bramę, by z miłością pomachać Hu Jintao.

Bo Chińczycy kochają swojego przywódcę, a przywódca kocha wszystkich Chińczyków. Obcokrajowcy, a przynajmniej Ci, którzy szli w paradzie, kochają Chiny. Chiny natomiast nie chcą nikogo straszyć, chcą pokazać, jakie są nowoczesne, odważne, zmodernizowane, a jeśli ktoś przestraszy się tej nowoczesności, to już przecież nie jest wina Chin.

Silk Road Project

2009/09/28, poniedziałek

Największą obawą było to, czy nas w ogóle na ten koncert wpuszczą. Jakoś wcześniej się nad tym nie zastanawiałam, ale kiedy zobaczyłam, że moja znajoma idzie w czarnej sukience i butach na obcasach, zamarłam - z obawy, że jako jedyna zostanie do Royal Albert Hall wpuszczona.

To była spontaniczna decyzja, żeby pojechać. Specjalnie na koncert Silk Road Ensemble, by posłuchać i zobaczyć to połączenie kultur, by odszukać w tej muzyce elementów chińskiego świata nie tylko w osobie wiolonczelisty Yo-Yo Ma (马友友).

Na ten czterodniowy wyjazd do Londynu zabrałam tylko jeansy, trampki i czarny sweter. Reszta z nas równie nierozważnie pakowała swoje plecaki. Tak oto poszliśmy. Z obawą, że późnym wieczorem nie będziemy wymieniać spostrzeżeń dotyczących tego koncertu, tylko że będziemy wsłuchiwać się w relacje tej, której jako jedynej uda się na koncert wejść. Tymczasem nikt nie zwrócił uwagi na to, co mieliśmy na sobie. Były oczywiście damy w sukniach i kapeluszach, ale takich jak my też było sporo. W ogóle uderzyła mnie ta dowolność angielska. Od loży z kieliszkami ze schłodzonym szampanem, po możliwość siedzenia na podłodze pod samą sceną.

Silk Road Project pod wodzą wiolonczelisty Yo-Yo Ma to projekt, który zrzesza około 60 artystów z całego świata, ale głównie z terenów, gdzie przebiegały drogi Jedwabnego Szlaku – od Chin przez Indie, Bliski Wschód aż po Morze Śródziemne. Chodziło o połączenie kultur i ludzi z tych kultur się wywodzących, o połączenie które nie będzie tymczasowe. Ta symbioza, kryjąca się pod nazwą Silk Road Project trwa już od ponad 10 lat. Nie ogranicza się jedynie do muzyki, chodzi o wymianę myśli, doświadczeń, wiedzy.

Yo-Yo Ma sam w sobie jest mieszanką kultur. Urodzony w chińskiej rodzinie w Paryżu, wychowany w Stanach Zjednoczonych, łączy Azję, Europę i Amerykę. Kiedy w końcu pojawił się na scenie widownia wydała z siebie westchnienie zachwytu. Rozległy się brawa i usłyszeliśmy delikatne brzemienie fletów – najpierw chińskiego bawu, a potem japońskiego shakuhachi. Później doszła chińska lutnia (pipa), również chińskie sheng (starożytny instrument dęty) i ruan (instrument szarpany) oraz hinduska tabla (para małych bębnów). Do tego skrzypce, perkusja i oczywiście wiolonczela.

Artyści zrzeszeni w tym projekcie inspiracje czerpią ze źródeł między kontynentalnej wędrówki. Kiedy grają, wiruje gdzieś między nimi a widownią swoboda ruchów, dźwięków i myśli. Oderwanie od rzeczywistości i przemierzanie szlaków choćby w myślach tylko. To muzyka łącząca w sobie różnorodność poszczególnych kontynentów i poszczególnych twórców.

Ludzie z zamkniętymi oczami leżeli na podłodze, inni poddawali się dźwiękom rytmicznie ruszając ciałem. Ogarniało nas wszystkich dziwne skupienie, żeby jak najwięcej z tego wynieść, zapamiętać, przeżywać ciągle na nowo. Czuć siłę każdego dźwięku, energię pozytywnych emocji i ten dreszcz niepokoju przed kolejną podróżą. Na koniec wszyscy wypadliśmy ze schematu poważnego kontemplowania muzyki. Był już tylko szał grania, okrzyków ze sceny i z widowni. Wszystko zakończyło się wielkim muzycznym zwariowaniem. Połączeniem tak różnych dźwięków, instrumentów, pasji i wizji.

Po więcej informacji na temat Silk Road Project zapraszam na: www.silkroadproject.org

Schodami na most Lupu

2009/08/31, poniedziałek

To było jeszcze podczas tych lipcowych upałów. 40 stopni, a mi zachciało się wtedy miejskiej wycieczki.

- Skąd wiedzieliście, że można tu przyjść? – z zaciekawieniem zapytał młody przewodnik, z którym weszliśmy do windy.
Opowiedziałam mu więc pokrętną historię, jak to od kilku tygodniu próbowaliśmy się tu wybrać, jak wyciągała nas na ten most moja niemiecka znajoma, a jej o takiej możliwości powiedział jakiś Chińczyk z pracy.
- Pytam dlatego, że – dopowiedział przewodnik –odwiedzają nas głównie Chińczycy.

Byliśmy sami. My we dwoje i ten, co nas eskortował. Wysiedliśmy z windy i na równi z autami przejeżdżającymi po moście, szliśmy w stronę Pudongu. Jeszcze przed wejściem do windy musieliśmy zostawić plecak i butelki z wodą.
- Czemu kazaliście zostawić nam rzeczy w szatni? – zapytałam raczej po to, by potwierdzić moje przewidywania, że to w ramach bezpieczeństwa, żeby komuś nie przyszło do głowy wysadzenie mostu w powietrze. Ku memu zdziwieniu przewodnik odpowiedział, że chodzi o to, by ludzie nie mieli w rękach butelek, czy też innych przedmiotów, żeby – celowo lub przez przypadek – nie rzucać nic do wody ani tym bardziej pod koła jadących po moście samochodów.
- No tak – powiedziałam karcąc w myślach samą siebie za brak domyślności i to moje przekonanie o czyhającej wszędzie chińskiej teorii spiskowej.

Most projektowany i budowany był przy fali pytań, czy aby kosztowny projekt faktycznie powinien zostać zrealizowany tylko po to, by Chiny mogły się chwalić największym na świecie mostem łukowym (główne przęsło ma 550 metrów długości). Pomimo tego, że od 2003 roku mogą się chwalić, to możliwość wejścia na łuk jest mało rozpowszechniona. Faktycznie, nie ma o tym zbyt wiele informacji w Internecie, krótka notka w przewodniku po Szanghaju (TimeOut) jakoś wcześniej nie rzuciła mi się w oczy, a w Lonely Planet Shanghai ani słowa o takiej atrakcji. Wcześniej też nikt poza Niemką, która i tak dowiedziała się od Chińczyków, nie mówił nic o takiej możliwości. Dopiero dokładnie precyzując zapytanie i wpisując w wyszukiwarkę hasło: climb Lupu bridge, można znaleźć informacje na ten temat.

367 stopni i 100 metrów nad rzeką Huangpu.
Staliśmy na tarasie widokowym a pod nami niezliczona ilość aut, ciężarówek i autobusów, a niżej na rzece barki. Jedna za drugą, jakby pływające tam i z powrotem. Dopiero z tej wysokości widać szanghajskie korki.

Wiją się ślimakami estakady, dojazdy do mostu, a na nich sznury pojazdów. Po dwa, trzy pasy ruchu. Wszystko stoi. Dopiero na moście się to jakoś rozluźnia. Sam taras widokowy – jak podają źródła internetowe – jest wielkości boiska do koszykówki, ale kiedy się tam faktycznie jest, zdaje się nie być taki duży.

- Skąd jesteście? – zapytał zaciekawiony nami przewodnik, a kiedy usłyszał, że z Polski, od razu pokazał nam, w którym miejscu budują nasz pawilon na Expo. Właściwie pokazał nam go zaraz po tym, jak sam skończył się zachwycać pawilonem chińskim.

Tego dnia widzialność nie była zbyt dobra, ale Perłę Orientu, JinMao i szanghajskie World Trade Center można było zobaczyć bez trudu. W oddali rysował się też most Nanpu, na który zresztą również się wtedy wybraliśmy. Tam bilet kosztuje tylko10 RMB i można zwyczajnie przejść na drugą stronę. Spacer jednak mało przyjemny. Widoki niezłe, choć obawa przed byciem staranowanym przez mknące auta dość duża i to pomimo chroniących nas bramek. Na Lupu wchodzimy na szczyt łuku, można więc w miarę spokojnie kontemplować widok Szanghaju. Jednak tędy nie da się przejść na drugą stronę rzeki. Można podziwiać widoki i wrócić do miejsca, z którego się przyszło.

- Opowiedzcie o tej atrakcji znajomym! – krzyknął do nas na pożegnanie przewodnik – niech cały świat się o nas dowie.

No więc. Niech się dowie!

Adres:
Lupu Daqiao (卢浦大桥)
909 Luban Road (鲁班路909号) – najlepiej dojechać do pętli autobusowej przy Luban Road.
Bilet: 68RMB
Zdjęcie samego mostu przy wpisie pt. Przygotowania do Expo 2010 (zdjęcie z Haibao).

Siódmy dzień siódmego miesiąca

2009/08/26, środa

Siódmego dnia siódmego miesiąca kalendarza chińskiego Chińczycy obchodzą Dzień Zakochanych.


Bogini Niebios miała siedem córek, które podczas jednej z wizyt na ziemi zapragnęły wykąpać się w rzece. Zostawiły swoje rzeczy na brzegu i weszły do wody. W tym czasie pastuch Niu Lang (牛郎) dla żartu postanowił zabrać im ubrania. Padło na najładniejszą i najmłodszą (siódmą) z córek Bogini Zhi Nu (織女), jako tę, która musiała poprosić Niu Langa o zwrot szat. Było oczywistym, że skoro pastuch zobaczył Zhi Nu nago, będzie musiał się z nią ożenić.
Para zamieszkała na ziemi. Żyli tu szczęśliwie przez kilka lat, lecz Bogini Niebios nakazała córce powrócić do nieba.

Ta historia ma co najmniej kilka różnych wersji, zawsze jednak kończy się tak samo

Młodym pozwolono spotykać się raz do roku. Siódmego dnia siódmego miesiąca.

Moja znajoma Chinka z Kantonu powiedziała mi, że specjalnie na dziś przygotowała odświętną kolację dla całej rodziny, a dla Niu Lang i Zhi Nu ołtarzyk z kwiatów i owoców. Na randkę do parku wybierze się z chłopakiem, ale to on musi ją obdarować czymś specjalnym.

O wiele gorzej było już z moją dobrą koleżanką z Hong Kongu. Lata, które spędziła w Stanach Zjednoczonych spowodowały, że nie śledzi tak mocno kalendarza chińskich świąt.
- Jakie chińskie walentynki? 14 lutego to tak, ale dziś?– zapytała zdziwiona, gdy chciałam wiedzieć, co specjalnego przygotowała. Dopiero kiedy uściśliłam, że chodzi o święto siódmego dnia siódmego miesiąca, coś zaświtało jej w głowie. Niewiele jednak mogła sobie przypomnieć na ten temat.

Z naszych wspólnych poszukiwań informacji wyszło jednak, że 90% Chińczyków nie przywiązuje wagi do tego święta. Kiedyś, zanim na stałe do kalendarza w Chinach wszedł 14 lutego, ludzie spoglądali w niebo, by tej nocy zobaczyć jak dwie – symbolizujące zakochanych – gwiazdy spotykają się. Przychodzili też nad rzekę wierząc, iż para wykąpie się w niej ponownie, a wypicie wody zapewni ludziom długowieczność i zdrowie.

– Ale wiesz – powiedziała na koniec - ze mnie to żadna Chinka. Nie dość, że z Hong Kongu, to jeszcze zamerykanizowana.

W kolejnych latach Qi Xi Jie (七夕节) przypada:

26 sierpnia 2009
16 sierpnia 2010
6 sierpnia 2011
23 sierpnia 2012

P.S. Od teraz wpisy będą bardziej o tym, co się wydarzyło kiedyś, bo przez jakiś czas nie będzie mnie w Chinach.

Do Anka: bardzo dziękuję.
Do wtg: postaram się zamieszczać tego typu informacje. Jeśli chodzi o dojazd do Chengdu, to najłatwiej i najszybciej oczywiście samolotem. Aktualne ceny na www.ctrip.com. Do EmeiShan i LeShan można się dostać autobusem z Chengdu – tanio i kursują stosunkowo często.

Wielki Budda z Leshan

2009/08/4, wtorek

Kiedy weszliśmy na szczyt, nie mogłam uwierzyć, że faktycznie jest taki potężny. Siedzący. Ze spokojem spoglądający na wodę, otaczający opieką rybaków, pilnujący zbiegu rzek Min (岷江), Dadu (大渡河), oraz Qingyi (青衣).

Wielki Budda (Dafo 大佛) z Leshan. Wysoki na 71 metrów.

Staliśmy na nabrzeżu. Z dala spoglądając na posąg. Widoczność nie była zbyt dobra. Gdzieś w oddali pełne turystów statki zbliżały się do podnóża góry. My chcieliśmy zobaczyć go z bliska, stanąć twarzą w twarz. Spojrzeć w jego ponad 3 metrowe oko. Z miejskiej promenady mogliśmy podziwiać całość, ale szczegóły nadal pozostawały niezauważone.

Rzeźbiarski maraton rozpoczął się w 713 roku n.e., a jego zamysł zaistniał w głowie mnicha Haitonga. Zebrane na budowę posągu fundusze skusiły jednego z urzędników, który zagroził mnichowi, iż jeśli ten nie zrzeknie się ich części, zostanie oślepiony. Oddany sprawie Haitong sam wydłubał sobie oczy i zaniósł je na tacy nieuczciwemu. Tym samym udowodnił czystość swych zamiarów. Liczył się tylko Budda. Jednak nawet gdyby mnich sam się nie okaleczył i tak nie zobaczyłby tego, nad czym pracował przez większość swojego życia. Prace zakończyły się bowiem na długo po jego śmierci. Trwały 90 lat.

Mnich Haitong głęboko wierzył, że za sprawą Buddy wody trzech rzek staną się bezpieczne dla rybaków, a mieszkający w nich potwór zostanie ujarzmiony. Uważano, iż za sprawą tej bestii woda często wylewała, powodując ogromne zniszczenia. Wielki Budda miał siedzieć u zbiegu rzek, pilnować, by prąd nie był zbyt silny, czuwać nad życiem mieszkających nieopodal ludzi. Tymczasem pracujący nad posągiem robotnicy, wyrzucali zbędny urobek do wody, dzięki czemu zmieniła się jej cyrkulacja i niebezpieczne wiry powoli zanikały. Tak jak chciał tego Haitong, potwór został ujarzmiony, a Wielki Budda otoczył opieką rybaków. Wody trzech rzek uspokoiły się, a wiara mnicha w cudowną opiekę Buddy została urzeczywistniona.

By spojrzeć w wielkie oko Wielkiego Buddy udaliśmy się na drugi brzeg. W końcu po przejażdżce rikszą i krótkiej wspinaczce, stanęliśmy na wzgórzu. Taras widokowy otaczał głowę Buddy, którą pokrywa ponad tysiąc okrągłych czarnych kamyków imitujących loki. Budda z kręconymi włosami i lekko zaróżowionymi zamkniętymi w uśmiechu ponad 3 metrowymi ustami od wieków dostojnie siedzi i ze spokojem spogląda na rzeki i miasto, jakby otaczając je swoimi 28 metrowymi ramionami.

To chyba jego ogrom sprawił, że pomimo tłumów, było w miarę cicho i spokojnie. Jakby przytłaczając nas wszystkich swą wielkością, dokonał czegoś wręcz niemożliwego - ciszy wśród chińskiego tłumu. 7 metrowych uszu nie nękał więc zbyt duży hałas.

Ruszyliśmy w kierunku ciągnących się wzdłuż zbocza góry schodów. Wąska i stroma klatka schodowa wiła się pośród skał. Szliśmy gęsiego, powoli przekonując się, że faktycznie „góra jest Buddą, a Budda jest górą”, jak mówi tutejsze przysłowie. W końcu byliśmy u jego 8 metrowych stóp.

Dopiero tutaj do końca przytłoczył nas swą wielkością. Dopiero tutaj można było faktycznie uwierzyć, że pokonał rzecznego potwora, że to on dba i strzeże życia rybaków. Dopiero tu, na samym dole, urzeczywistniła się w naszych oczach wiara mnicha Haitonga w wielką moc Wielkiego Buddy.

Zaćmienie słońca w Szanghaju

2009/07/23, czwartek

Szanghaj, a wraz z nim i ja, szykował się na zaćmienie słońca. Plany były bardzo obiecujące. Miała być bowiem impreza na plaży w Jinshanwei (金山卫), albo wyjazd do Hangzhou (杭州), by się ustrzec przed szanghajskim smogiem, ostatecznie mógłby chociaż być balkon na 29 piętrze mojego bloku, albo i zwyczajne oglądanie całego wydarzenia z ulicy. Szanghaj się przygotowywał i ja też chciałam, ale pani w biurze Air China powiedziała, że niestety mojego biletu nie da się zmienić na inną datę. Wyleciałam więc we wtorek. Z poczuciem wielkiego żalu, że nie zobaczę tego spektakularnego wydarzenia.

Postanowiłam jednak poprosić znajomych, żeby oni podzielili się ze mną swoimi spostrzeżeniami. Oto co mieli do powiedzenia:

„Oprócz tego że nagle na jakieś 6 minut zapadła czarna noc i szybciutko znowu zrobiło się jasno, to nic poza deszczem i ciemnymi chmurami nie zobaczyliśmy. Mimo to każdy był podekscytowany. Szkoda tylko że dzieciaki w naszej szkole się przygotowały, a nic prócz ciemności egipskich nie zobaczyły.”
Beata, Polska

„Jestem naprawdę zawiedziony tym całym zaćmieniem, które miało być widoczne w Szanghaju. Na stacjach metra można było kupić specjalne okulary, dzieci i dorośli się niecierpliwili, co w końcu uda się zobaczyć, ale pogoda postanowiła zagrać wszystkim na nosie. Od samego rana niebo było zachmurzone i padał deszcz. Zdecydowanie najbardziej ekscytujące było przejście z zupełnej ciemności do jasności dnia, a to dlatego iż owa zmiana trwała zaledwie kilka sekund. Ciekawe, ale nie tak, jak się spodziewałem.”
Erick, Meksyk

„Byłam już w pracy, gdy około 9:35 zrobiło się ciemno. Przygotowałam się na wspaniałe doznania. Miałam kupione okulary, ale od samego rana niebo było zachmurzone. Czekałam aż w końcu nastanie ciemność, a kiedy faktycznie się to stało, pomyślałam, że nie jest to tak przerażające, jak mi się wydawało, że będzie. Uzmysłowiłam sobie jednak, jak wielką moc mają siły natury, jak my jesteśmy mali i im podporządkowani. To było wspaniałe przeżycie, nawet biorąc pod uwagę to, że słońca nie udało się zobaczyć.”
Belinda, Chiny

„Kiedy wyszłam rano z mieszkania, pomyślałam, że pogoda jest dramatycznie kiepska. Niebo zachmurzone, padał deszcz i do tego ściemniało się, ale wtedy nie zwróciłam na to jakieś szczególnej uwagi. Weszłam do metra. Nie wiem, jak to się stało, ale skutecznie udało mi się zapomnieć, że to zaćmienie to dziś. Przeżyłam je nieświadomie pod ziemią! A przecież wszyscy o tym mówili, mówią dalej…”
Lisa, Niemcy

„Nagle zrobiło się ciemno i zimno. Do tego padał deszcz, więc wszystko to było raczej przygnębiające. Razem ze znajomymi wyszliśmy na balkon, ale praktycznie nic nie było widać. Jeden z pracujących ze mną Chińczyków nawet z nami nie wyszedł, tylko oglądał wszystko online. I chyba to bardziej mnie zaciekawiło niż szare niebo, deszcz i ciemność, która na chwilę nastała.”
Michał, Polska

Jak donosi Shanghai Daily, na czas zaćmienia na ulicach Szanghaju pojawiło się więcej milicjantów, zaświeciły się światła w wieżowcach, ludzie na chwilę się zatrzymali. Naukowcy i lekarze w ostatnich dniach mieli za zadanie tłumaczyć, o co chodzi z tym zaćmieniem i uświadamiać, że nie jest to niebezpieczne.

Wydaje się, że już samo przeżycie krótkiej nocy w środku dnia musi być ciekawym doświadczeniem, ale rozumiem też i tych, na których nie zrobiło to większego wrażenia. W końcu miało być spektakularnie, a było zwyczajnie chłodno, ciemno i deszczowo.

Przygotowania do Expo 2010

2009/07/19, niedziela

Zegar miarowo i rytmicznie odlicza czas. Z każdą minutą jest go coraz mniej. Zatrzymać się go nijak nie da. Expo 2010 tuż tuż.

Pekin już opadł z tego euforycznego stanu sprzed olimpiady. Wszystko tam wybudowali, co miało być wybudowane. Teraz życie powoli wraca do normy. Tymczasem szanghajski świat wywrócił się do góry nogami. Cały dudni, huczy i drga. Dosłownie po tej naszej Perle Orientu trudno jest dziś i chodzić i jeździć. Naiwnym jest ten, kto sądzi, że można spokojnie pójść do stacji metra, do supermarketu, czy na spacer. Wszędzie trzeba omijać koparki, betoniarki i robotników pracujących dzień i noc.

Budują się nowe linie metra, estakady, rozbudowuje się nawet moja ulica do spożywczego i na pocztę. Zamiast chodnika idę drogą wyznaczoną dla jednośladów. Lawiruję między elektrycznymi skuterkami, matkami z dziećmi w rowerowych koszykach i między tymi, którzy na przyczepkach przewożą towary wszelkiej maści. Od czasu do czasu drogę zajedzie autobus, bo akurat przystanek też przebudowują. Wyleje się z niego tłum spoconych ludzi. I tak się to wszystko miesza pod okiem zawsze obecnych stróżów ulicznego porządku czyli tych, którzy pracują na przejściach dla pieszych. Pilnują, by stać, kiedy czerwone, a iść dopiero wtedy, gdy zapala się zielone. Gwiżdżą, kiedy nie w tym momencie co trzeba, schodzi się z chodnika. Zastępują drogę rowerzystom, gdy ci nie chcą się na światłach zatrzymać. Są przy każdym większym przejściu dla pieszych, jakby strzegąc zielono-czerwonej sygnalizacji.

Ostatnio mają oni jednak coraz więcej pracy. Poza tym, że już od jakiegoś czasu widok mknących po ulicach aut i jednośladów zasłaniają im buldożery, to doszły im jeszcze dodatkowe obowiązki. Zawracają tych, co jadą pod prąd, karcą biedaków próbujących rowerami czy skuterami przemknąć po chodnikach slalomem omijając pieszych. Gwiżdżą na rowerzystów, którzy gdzieś między czerwonym pomarańczowym, a zielonym decydują, w którą właściwie stronę, chcą jechać.

Ciężka to praca, bo chiński kierowca jednośladów przyzwyczajony jest do tego, że może jechać tak, jak mu się żywnie podoba, tam gdzie się zwyczajnie zmieści i przeciśnie. A tu od paru dni krzyczą na niego nieustannie, a gdy mknie po chodniku, z roweru schodzić mu rozkazują. Wczoraj mknąć po nim mógł, dziś już uczą go nowych zasad. Stróżom ruchu pomaga drogówka. Wszyscy oni razem pouczają i strofują. Pokazują, że pod prąd jeździć nie można, że pieszy też człowiek i przejść na drugą stronę ulicy musi, a więc i przepuścić go trzeba. I tak falami od kilku tygodni. Trzy dni pod rząd uczą i strofują, potem przez tydzień ich nie ma i wraca stary porządek.

Na tym się jednak edukacja mieszkańców nie kończy. Czy to w metrze, czy w autobusie co jakiś czas wyświetlany jest film, na którym młoda dziewczyna ustępuje miejsca panu z dzieckiem. Głaszcze malca po głowie, no i nikt się nie pcha, nikt nie krzyczy. Na ruchomych schodach też nowe zasady. Po prawej się stoi, a po lewej się idzie, jak głoszą hasła na naklejkach.

Turysta tymczasem zapomnieć musi o spacerze po Bundzie. Cały zamknięty, cały w remoncie. Pod wieżą telewizyjną Oriental Pearl również unoszą się budowlane tumany kurzu. Powstaje nowa kładka dla pieszych, jakieś wieżowce się budują i zanim nie powstaną, zdjęcia jakby zadymione wychodzą.

Poza tym kurzem, który się na fotografie wpycha, wszędzie też wpycha się ząbek. Symbolem szanghajskiego Expo jest bowiem niebieski stworek, który za nic w świecie nie chce kojarzyć mi się z niczym innym jak tylko z zębem. Haibao (海宝) – bo tak się nazywa - w zamyśle twórców symbolizuje chiński znak ren (人), czyli człowieka. Ma to wieść nas ku skojarzeniu, że Expo jest dla człowieka i człowiekowi poświęcone, a błękitny kolor Haibao, jest kolorem morza i właśnie wodę ma symbolizować. Dokładna nazwa ząbka brzmi Si Hai Zhi Bao (四海之宝), czyli skarb wszystkich oceanów. Woda natomiast, jak wiadomo, jest jednym z dóbr najcenniejszych, tak ważna dla ludzi jak i dla ich miasta. Hasło całego Expo, brzmi natomiast ‘Better City, Better Life’ (lepsze miasto, lepsze życie).

Ze wszystkich sił mieszkańcy przekonywani są o tym ulepszaniu ich miasta i ich życia. Nic bowiem nie poprawi jego warunków tak bardzo jak Expo. Niestety ci sami mieszkańcy nie do końca wiedzą, o co w tym całym zamieszaniu chodzi, gdyż poza budowaniem podniosłej atmosfery do przeciętnego człowieka dociera niewiele merytorycznych informacji. Wszyscy wiedzą natomiast o tym, że chiński pawilon już stoi, odbija się swą czerwienią na tle szarości budowy całej reszty. Przyznać należy, że budynek faktycznie jest piękny, w chińskim stylu, jak dotąd nieoszpecony tandetą.

Oszpecono za to miasto. Porozwieszane wszędzie reklamy, plakaty i informacje przekonują, że to co się wydarzy, będzie czymś ważnym, może nawet najważniejszym. O tym że to wszystko jest już w zasięgu ręki, i to lepsze życie i lepsze miasto, i to całe Expo też, przypomina nam ząbek. Ząbek w parku, na skwerku, na promenadzie, na moście i w muzeum. Ząbek mały i większy, plastikowy, metalowy i obsadzony kwiatami.

Pracujące na poczcie dziewczyny mozolnie wkuwają angielskie zwroty.
- Jak się to wymawia? – pyta mnie jedna z nich palcem wskazując na wypisane po angielsku szanghajskie nazwy najważniejszych atrakcji. Na kartce poza spisem miejsc jest jeszcze logo Expo 2010. Jest ono także w taksówkach, sklepach, na bilbordach, a w księgarniach już od jakiegoś czasu leżą poradniki ‘Word Expo English Handbook’. W metrze, czy na osiedlach wiszą plakaty z projektami pawilonów. Nasz polski musiał się Chińczykom spodobać, jako iż widnieje na wielu z nich.

Co i rusz zegary i tablice informują, ile jeszcze czasu zostało do tego znaczącego dla Szanghaju, dla Chin, dla świata dnia. Wmawia się bowiem mieszkańcom, że gdy wybije godzina, będą oni w centrum uwagi. W końcu muszą być skoro, jak donosi China Daliy (14 lipca 2009) „Szanghaj wydaje 30 miliardów juanów ($4,4 miliardy) na swój największy jak do tej pory lifting (…), by zaprezentować światu Szanghaj wspaniały i okazały, przynajmniej tak atrakcyjny jak Pekin podczas olimpiady.” Przynajmniej.

I tylko stewardesa na pokładzie samolotu linii lotniczych China Eastern (jeden z głównych sponsorów) kończąc standardowe powitanie pasażerów jakoś mało przekonująco, monotonnie i z nutką znudzenia w głosie mówi: Better City, Better Life, Better Flight, Better Trip.

Xinjiang skomplikowany

2009/07/10, piątek

Ujgurzy są romantykami. Ciągle wspominają swój Wschodni Turkiestan.

Trudno było w chińskiej prasie doszukać się wytłumaczenia lub jakiejś głębszej analizy nie tylko tego, co od niedzieli dzieje się w stolicy Autonomicznego Regionu Xinjiang, ale raczej tego co w prowincji tej dzieje się od lat. Jakaś wzmianka o gwałcie, którego nie było, a potem już tylko ilu ludzi zginęło, co zostało zniszczone przez protestujących, i jakich to zamachów w ostatnich latach dopuścili się ujgurscy separatyści. Całe tabele, data po dacie. No i jeszcze jak to chińskie władze zadbały o zagranicznych dziennikarzy, jak pozwolili im na wjazd do Xinjiangu, i jak same chętnie o sprawie informują. Wylewa się ten potok samochwały niemalże z każdego zdania.

Xinjiang (新疆), czyli w znaczeniu dosłownym nowe terytoria, zajmuje 1/6 powierzchni całych Chin. Zamieszkująca te tereny ludność to w ponad 45% Ujgurzy, w 40% Chińczycy Han (rdzenni Chińczycy) i dalej Kazachowie, Hui, Kirgizi, Mongołowie.

Ujgurzy są ludem tureckim. Muzułmańską sunnicką społecznością, która od XVIII wieku borykała się z chińską dynastią Qing. W 1944 roku udało się jednak proklamować powstanie islamskiej Republiki Wschodniego Turkiestanu, ale państwo to istniało tylko do 1949 roku. W tym też roku Wschodni Turkiestan rozważał stworzenie konfederacji z Chinami Mao. Do rozmów nigdy jednak nie doszło, a wojska ChRL wkroczyły na tereny dzisiejszego Xinjiangu i przekształciły ujgurski Turkiestan w chińską prowincję, później nadając jej charakter regionu autonomicznego (Ujgurski Autonomiczny Region Xinjiang).

W 1949 roku Chińczycy Han stanowili tu jedynie 6% populacji. Dziś jest ich ponad 40%, stanowiąc 75% mieszkańców stolicy prowincji Urumqi. Kiedyś przybywających pod przymusem nakazu pracy, dziś skuszonych wysokimi pensjami i niższymi podatkami. Partyjna kontrola rozszerza się tu na wszystkie aspekty życia, również na tak ważną dla Ujgurów sferę religijną. Oskarżają oni władzę o faworyzowanie Hanów w najważniejszych sektorach takich jak bankowość, finanse, telekomunikacja, czy branża natowo-gazowa. Jak twierdzą Ujgurzy, ta jawna niesprawiedliwość doprowadziła wśród tej społeczności do ogromnej fali bezrobocia. Społeczne niezadowolenie ze wzrastającej siły Chińczyków Han, prowadzi do spięć, ale te z ubiegłej niedzieli były większe niż kiedykolwiek wcześniej.

Od wieków ziemie te stanowiły atrakcyjny kąsek. Krzyżowały się tu drogi Jedwabnego Szlaku, krzyżował się międzykontynentalny handel. To tutaj są największe w Chinach złoża ropy naftowej i gazu ziemnego. W porównaniu ze wschodnimi terenami kraju, Xinjiang ze swoimi 20 milionami ludzi jest praktycznie niezamieszkały. Pustynie i góry.

Ale też chińskie obozy pracy i tak ważne z militarnego punktu widzenia poligony atomowe. Prowincja graniczy z ośmioma państwami w tym z Afganistanem, Rosją, Pakistanem i Indiami. Sprawia to, iż geopolityczne znaczenie tych terenów jest ogromne.

Wraz z rozpadem Związku Radzieckiego, okazało się, iż bliscy ziomkowie chińskich Ujgurów nagle mają swoje niepodległe państwa, że skoro im się udało, to czemu niby Wschodni Turkiestan nadal miałby być pod władzą ChRL?

Takiego myślenia przestraszył się Pekin, ale czy faktycznie Ujgurzy znaleźliby środki, by realnie myśleć o oderwaniu się od Wielkich Chin? Tak jak i w przypadku Tybetu chodzi raczej o respektowanie praw mniejszość i autonomii, która została im na papierze przyznana.

W Chinach mówi się, że bezpośrednie zamieszki rozpętał żądny krwi ujgurski tłum, po tym, jak dwóch przedstawicieli tej mniejszości straciło życie w bójce w fabryce zabawek na południu kraju. O wiele bardziej wiarygodne wydaje się jednak to, że to oddziały chińskiej milicji podżegały manifestantów. Chińska retoryka strachu musi być bowiem odświeżana. W dużej mierze ma ona na celu utwierdzenie opinii międzynarodowej w przekonaniu, iż działania ChRL w regionie tym nakierowane są na przywrócenie i utrzymanie spokoju. Obecność wojsk musi mieć swe uzasadnienie, a gdy co i rusz dochodzi do zamieszek, zwiększona liczba mundurowych nikogo nie dziwi. Co więcej – w takich okolicznościach - jest ona wskazana i ma swoje usprawiedliwienie.

W 2001 roku po atakach na World Trade Centre chińskie ministerstwo spraw zagranicznych oficjalnie poinformowało, iż siły Wschodniego Turkiestanu uważane są za siły terrorystyczne i w związku z tym również przeciwko nim skierowana jest światowa koalicja walki z terroryzmem, do której Chiny ochoczo się przyłączyły. Do tej pory działania tych grup określano mianem ‘kontrrewolucyjnych’, wraz z 11 września 2001 stały się one ‘terrorystyczne’. Ogłoszono też, iż ujgurscy terroryści są blisko związani z Osamą bin Ladenem z Al-Kaidy i że niektórzy z nich szkoleni byli w Afganistanie.
Może i byli.
Prawdą jest i to, że między 1979 a 1989 rokiem sam Pekin wysyłał Ujgurów, by współpracowali z mudżahedinami podczas sowieckiej okupacji Afganistanu. Tylko o tym jakoś już nikt nic nie mówi.

Warto podkreślić również, że w opublikowanym już w 1996 roku tzw. Dokumencie numer 7, Politbiuro Komunistycznej Partii Chin określiło Autonomiczny Region jako większe zagrożenie dla jedności terytorialnej i bezpieczeństwa państwa niż sprawę Tybetu czy Tajwanu. Świadczy to w dużej mierze o tym, jak bardzo Xinjiang skupia na sobie uwagę władz. Poprzez określenie wszystkich separatystycznych ruchów w prowincji mianem działań terrorystycznych, rząd Państwa Środka zapewnia sobie uwagę opinii międzynarodowej i jej zgodę na ewentualne działania w przywróceniu spokoju w regionie. Pekin nie może bowiem dopuścić do destabilizacji w prowincji, która ma dla niego tak wielkie znaczenie militarne, geopolityczne i przede wszystkim gospodarcze.

Tymczasem organizacje broniące praw człowieka (w tym Amnesty International i Human Rights Watch) oskarżają ChRL o wykorzystywanie pretekstu ‘antyterrorystycznego’ do przeprowadzania zbrojnych akcji przeciw Ujgurom. Faktem jest, że dochodzi tu do anty-rządowych protestów, jak i to że zanotowano działalność grup separatystycznych. Jednak oskarżenia płynące z ust chińskich władz przypisujące Ujgurom „terroryzm, separatyzm i religijny ekstremizm” wychodzą daleko poza faktyczną liczebność formacji tego typu.

W chińskiej propagandzie strachu i w budowanej od lat teorii spiskowej każdy najmniejszy rodzaj niepokoju przypisywany jest ujgurskim terrorystom i popierającym ich organizacjom. Czy to wybuch gazu, bójki na tle narodowościowym, przestępstwa kryminalne, wszystko to wrzuca się do jednego worka pod nazwą: terroryści z Xinjiangu.

Dodatkowo chińskie władze same dają Ujgurom pretekst do wszczynania zamieszek. Kolejny już czeka w kolejce, jako iż Pekin pod hasłami ratowania ludności przed śmiercią pod gruzami w przypadku trzęsienia ziemi, wydał rozporządzenie zburzenia zabytkowej części Kaszgaru.

Z jakiegoś powodu zdecydowanie łatwiej uwierzyć tym, którzy twierdzą, że taka polityka ma na celu zmuszenie Ujgurów do zmiany trybu życia. Lepiej wyburzyć kilkusetletnią trudnodostępną dla milicji zabudowę i przesiedlić ich do mieszkań, w których nie będą zdolni kontynuować swej miejskiej tradycji życia na ulicy, a tym samym ich kontrola będzie dla chińskich władz zdecydowanie łatwiejsza.

Kto w Kaszgarze był, ten wie, że miasto i tak dostatecznie oszpecono budując szeroką sześciopasmową aleję przechodzącą przez centrum miasta, z posągiem Mao tak wielkim, jakby od jego rozmiaru miało zależeć, czy Ujgurzy będą posłuszni czy nie.

Tymczasem 85% istniejącej od wieków zabudowy w przeciągu najbliższych pięciu lat mają zastąpić nowe apartamentowce i budynki użyteczności publicznej. Przed największym meczetem w mieście już teraz rozciąga się wielki betonowy plac. Nie trzeba być ekspertem, żeby od razu stwierdzić, że nie pasuje on do otoczenia, został sztucznie wtłoczony między wąskie uliczki glinianych domów. Wyburzenie kolejnych części tylko zaostrzy konflikt w prowincji, nie mówiąc już o zniszczeniach natury historyczno-kulturowej.

Od niedzieli Zachód jest głęboko zaniepokojony.
I tyle.
Wiadomo, że na sankcje gospodarcze nikt sobie nie pozwoli, nikt więc się ich nawet nie spodziewa. Dlatego też tak bardzo dziwi to, w jaki sposób podejmowane względem Chin są decyzje nie na szczeblu polityczno-gospodarczym, ale prestiżowym - jak w przypadku przyznania im organizacji Olimpiady i Expo.

Krystyna Kurczab-Redlich w swojej książce „Głową o mur Kremla” pisze: „Propaganda fakty deformuje – to jej zadanie. Zdeformowane fakty przedstawiają zdeformowaną rzeczywistość. Zdeformowana rzeczywistość deformuje świadomość społeczną(…).”

Przyczyniamy się do tej deformacji faktów, rzeczywistości, chińskiej świadomości. Bo co ma myśleć przeciętny Chińczyk?
Skoro nie docierają do niego głosy sprzeciwu, a konstruktywnej krytyki brak, skoro o sankcjach gospodarczych nie ma mowy, a do tego przyznaje się im organizację Olimpiady i Expo, z czego robią wielką sprawę, jakby zostali przez to co najmniej namaszczeni … to co ten przeciętny Chińczyk ma myśleć?

Sami przekazujemy im zdeformowane informacje i znaki. Nie dziwmy się więc, że odczytują je jako oznakę naszej akceptacji dla chińskiego rządu, czy naszego dla nich podziwu.

Ujgurzy od lat próbują wywalczyć to, co im obiecano. Autonomię. Trzeba przyznać, że w ramach tej walki istnieją grupy o charakterze separatystycznym, ale dobitnie trzeba zaprzeczyć, że wszyscy Ujgurzy to terroryści.

Małe sprawy i małe rozmowy ulatują z głowy. Potem w obliczu spraw wielkich powracają, zmieniając punkt widzenia lub przynajmniej sprawiając, że się człowiek głębiej nad tymi wydarzeniami zastanowi.

Dobre kilka miesięcy temu szłam ulicą ze znajomym Chińczykiem, a dokładniej szanghajczykiem. Rozmawialiśmy o moim planowanym wyjeździe do Urumqi.
- Wiesz, że Ujgurzy to złodzieje i bandyci? – zapytał używając dodatkowo bardzo charakterystycznego angielskiego określenia ‘mobs’.
I mi wtedy to zdanie gdzieś umknęło, zapodziało się pośród huku ulicy i mojego absolutnego zaaferowania tym, że się do Xinjiangu wybieram.
To zdanie powróciło jak bumerang przy czytaniu środowych gazet.
„Uygur mobs (…)” przytacza słowa jakiegoś świadka Szanghaj Daily.
„The mobs (…)” pisze Global Times.
Może to tylko przypadkowa zbieżność słów.
A może nie.