Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

5.10.2007
piątek

Nie ma konsul today

5 października 2007, piątek,

Nie jest ważne to, czy mówię po angielsku. Nie jest też ważne to, czy mówię po chińsku. Ważne natomiast jest tylko i wyłącznie to, że sekretarka pracująca w konsulacie polskim w Szanghaju nie mówi – podkreślam raz jeszcze – nie mówi po polsku.

Podejście pierwsze:

Na początek otwarcie i szczerze trzeba przyznać, że z premedytacją wybraliśmy się do polskiego konsulatu bez uprzedzenia. Nie sprawdziliśmy też na stronach internetowych, czy konsulat organizuje wybory dla przebywających w tym czasie w Chinach Polaków i na jakich warunkach można w tych wyborach brać udział. Nie sprawdziliśmy, bo po co? Skoro jesteśmy w pobliżu, to po prostu podjedziemy i uprzejmie zapytamy.

Przed bramą dwóch chińczyków. Pilnują porządku. Wyprostowani, napięci i dumni. Proszą o paszporty. Nie mamy. Jedyny dokument tożsamości, jaki zabraliśmy ze sobą, to mój dowód osobisty. Strażnik przygląda się plastikowej karcie uważnie, w końcu naciska dzwonek domofonu i ruchem głowy pokazuje, że możemy się zbliżyć do krat.

Damski głos miesza się z hukiem ulicy. Trudno cokolwiek zrozumieć może poza tym, że damski głos na pewno nie mówi po polsku.

– Dzień dobry – mówimy – przyjechaliśmy zapytać, jakie formalności trzeba spełnić, by móc wziąć udział w wyborach.

– Do you speak English? – pyta damski głos

– English? No, Polish! My mówimy po polsku!

– Do you speak English?

– No English, Polish. Czy jest ktoś, kto mówi po polsku?

– Ni shuo hanyu ma? – damski głos nagle mówi po chińsku

– Polish! Polish!

Trzask odkładanej słuchawki. Patrzymy na siebie. Nie do końca wiemy, co mamy ze sobą zrobić. Odesłano nas z kwitkiem? Chińczyk patrzy na nas podejrzanie.

W końcu w domofonie odzywa się inny głos.

– Tak słucham?

– Dzień dobry, chcieliśmy dowiedzieć się, na jakich warunkach możemy głosować w konsulacie w nadchodzących wyborach.

Słychać trzaski, huk przejeżdżających samochodów i próbujący się przez to przebić damski głos. Uprzejmie więc prosimy, bo wpuszczono nas do środka. W odpowiedzi słyszymy coś, co dla mnie brzmiało jak:

– Bardzo mi przykro, ale nie ma teraz w konsulacie nikogo, kto mógłby z państwem porozmawiać.

Jak to nie ma nikogo? A teraz z kim rozmawiamy? Jest środa, godzina 14.00.

W końcu polski głos decyduje się wyjść do nas. Zostajemy przyjęci przed mosiężną bramą. Jakby Polska chciała nam dać do zrozumienia, że nie jesteśmy jej potrzebni.

W naszym kierunku zbliża się kobieta w średnim wieku. Nie wygląda na zadowoloną, ale może to tylko moje odczucie, w końcu nie lubię być przyjmowana na ulicy

– Witam państwa – mówi oschłym tonem i wręcza nam karteczkę z adresem strony internetowej konsulatu – na tej stronie są wszystkie informacje dotyczące wyborów. Tam się wsztstkiego dowiecie.

– Ale skoro już przyjechaliśmy, to może po prostu ktoś udzieli nam tej informacji na miejscu?

– Nikogo nie ma w konsulacie – odpowiada kobieta

– Jak to nikogo nie ma, skoro Pani jest? – dziwię się

– A gdyby nam coś się stało? Gdyby nam ukradli paszporty i gdybyśmy tu przyszli, to też by nam Pani powiedziała, że nikogo nie ma w konsulacie w środę o godzinie 14.00? – dziwi się reszta – i w takim razie z kim mamy przyjemność?

– Nie proszę państwa, to z kim ja mam przyjemność?! – denerwuje się ona.

Padają nazwiska, a od niej dodatkowo – wydział finansów polskiego konsulatu w Szanghaju.

– Państwo nie macie sytuacji wyjątkowej – mówi zdecydowanie poddenerwowana – konsul nie może przez cały czas siedzieć w konsulacie i przyjmować każdego, kto się tu pojawi.

– To w takim razie proszę nas umówić z konsulem na rozmowę – prosimy.

– Nie mogę – odpowiada ona – nie jestem jego sekretarką. Proszę zadzwonić a zostaną państwo umówieni.

Na nasz argument, że przecież sekretarka nie mówi po polsku, więc umówienie się na spotkanie jest niemożliwe, ona wycedza:

– Bardziej nieudacznych obywateli to ja tu już dawno nie widziałam! Jak to nie mówią państwo po angielsku?

– Przepraszam, że jakich obywateli? – pyta jedno z nas.

– Skoro państwo zdołali dojechać do Chin, to państwo zdołają się dogadać z naszą sekretarką! – ostro ucina ona.

Po poinformowaniu przedstawicielki konsulatu, że rozmowa jest nagrywana, zdecydowanie zmienia ton.

– Proszę państwa – łagodnieje – proszę zrozumieć, że konsulat nie jest w stanie przyjąć każdego, kto stanie pod bramą, a konsul ma bardzo ważne spotkania.

Rozumiemy, my przecież wszystko rozumiemy. Tylko my wcale nie musimy widzieć się z konsulem. Chcieliśmy porozmawiać z kimś, kto udzieli nam podstawowych informacji dotyczących organizacji wyborów (czy tylko konsul może to zrobić?).

Ona podaje nam karteczkę z adresem strony internetowej i numerem telefonu.

Nie mamy już o czym rozmawiać. Brama zatrzaskuje się za panią z działu finansowego, a my jak staliśmy, tak stoimy dalej na ulicy.

Podejście drugie:

Piątek, godzina 15.30

Zamieszczona na stronie konsulatu informacja, brzmi:

„Zgłoszenie do spisu wyborców można wnieść do konsula ustnie, pisemnie, telefonicznie, telegraficznie, telefaksem lub poczta elektroniczna.”

Z telefaksu i telegramu rezygnuję już na wstępie. Nie do końca wierzę w siłę urzędu do sprawdzania poczty zwykłej, a tym bardziej poczty elektronicznej – szczególnie po tym, jak wygląda i działa oficjalna strona konsulatu. Pozostaje mi wnieść zgłoszenie ustnie lub telefonicznie. Obie opcje wymagają uprzedniego kontaktu telefonicznego, z tym że ta pierwsza wymaga jeszcze dodatkowo wyjazdu do konsulatu, by po wcześniejszym telefonicznym umówieniu sie na rozmowę, przekazać potrzebne informacje.

Z powyższych w związku z tym wybieram po prostu telefon.

Odbiera znajomy damki głos. Najpierw mówi coś po chińsku. Zdecydowanie za szybko by zrozumieć. Wychwytuję jedynie Bolan, zakładam więc, że powiedziała: Generalny Konsulat Polski w Szanghaju, słucham.

Ale pewności nie mam. Odpowiadam standardowym ‘halo’, bo nic innego nie przyszło mi do głowy. Znajomy głos przerzuca się na angielski. Ale ja wcale nie muszę mówić po angielsku. Więc już bez obaw i po polsku mówię, że dzwonię by wnieść zgłoszenie o wpianie mnie na listę wyborców.

– Do you speak English? – pyta znajomy głos

– No English, Polish – odpowiadam

– English? Chinese? – mówi ona

– No, no, nie, po polsku – silę się

Po chwili bezowocnej wymiany polsko-angielskich zdań – moich polskich i jej angielskich – znajomy głos w końcu mówi:

– Nie ma konsul today!

– Ja nie chcę rozmawiać z konsulem. Chcę rozmawiać z kimś, kto mówi po polsku! – wydzieram się, jakby to miało spowodować, że ona nagle zrozumie, o co mi chodzi

– Nie ma konsul toady. Ja nie mówić po polsku, ok? – pyta ona

– Nie ok. Po polsku? Czy jest ktoś kto mówi po polsku? – pytam ja

– Konsul will be here on Monday, ok?

– Nie ok. Nie ok

– O N  M O N D A Y , ok? – prawie mi literuje

– N I E  O K – też jej prawie literuję

Nagle cisza. Znajomy głos rozłączył się. Nie ma konsul today, nie ma rozmowy po polsku ani today, ani tomorrow, ani nigdy.

Podejście trzecie:

Piątek, godzina 16.45

Skoro nie ma konsul today. Wysłałam maila.

„Szanowni Państwo,

Uprzejmie proszę o wpisanie mnie na listę wyborców biorących udział w głosowaniu, które odbyć się ma w siedzibie konsulatu…. dalej podaję wszystkie potrzebne dane … Uprzejmie proszę o …

Nagle telefon.

– Dzień dobry, Piotr Sławiński, konsulat generalny RP w Szanghaju, podobno próbuje się Pani do nas dodzwonić?

Ja: szczery i nieudawany SZOK

Pan konsul niezwykle miło przyjął telefonicznie moje zgłoszenie. Na skargę, że nie może być tak, że sekretarka konsulatu nie mówi po polsku, dyplomatycznie odparł, że to nie zależy od niego.

– Od kogo? – pytam więc

– Od Ministerstwa – odpowiada rzeczowo – dodatkowo bardzo trudno jest znaleźć kogoś, kto mówi po polsku, angielsku, w chińskim standardowym i szanghajskim.

– A ja znam taką osobę – odpieram argumenty.

– Ale są jeszcze inne względy proceduralne – dodaje konsul

Ja nie dodaję, że ta znajoma w prawdzie nie mówi do końca po szanghajsku, ale za to mówi jeszcze po francusku i rumuńsku – to by dopiero było!

Dzwonisz do konsulatu, a tam wita cię miły, dźwięczny głos. Najpierw po chińsku, potem po angielsku, potem po francusku, potem po rumuńsku i zanim zdąży dojść do polskiego, tracisz nerwy. Sam sobie w końcu też dasz radę.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 24

Dodaj komentarz »
  1. szczerze… co w tym jezykowym „zamieszaniu” takiego strasznego??? Ze sekretarka nie mowi po polsku? Szukanie dziury w calym.
    Nie wiem jak to jest na stonach konsulatu PL w Chinach ale w Belgii mozna zglosic udzial w wyborach wysylajac email, info jest na sieci… tylko po co sprawdzac, jak sie nie ma co robic mozna nachodzic konsulat… swietne dziennikarstwo – b. profesjonalne.

  2. W zeszłym roku przez trzy tygodnie podróżowałem po Chinach. Wśród wielu różnych wrażeń był także podziw i szacunek dla wielkiej skali i rozmachu w jakim, przynajmniej w pewnych dziedzinach rozwija się ten kraj. Rozświetlone laserami drapacze chmur i zapierające dech pomniki współczesnej architektury (jak na przykład szanghajska opera) sąsiadowały z nowoczesnymi centrami handlowymi, z których wylewała się ultranowoczesna nie znana jeszcze w Polsce elektronika. Nigdzie nie widziałem tylu salonów superluksusowych samochodów: Bentley, Ferrari czy Maserati. W kontekście obrazu tego dynamicznego, ekspansywnego społeczeństwa zaszokowała mnie gazetka ścienna na murowanym ogrodzeniu polskiego konsulatu w Kantonie. Sam obiekt mieści się w położonej na wyspie, często odwiedzanej przez turystów, historycznej dzielnicy o kolonialnej zabudowie. Przeszklona gablota, a może i dwie reklamowały nas hasłem napisanym po polsku i chińsku: „dzisiejsza Polska”. W środku zobaczyć mogliśmy… Górala, z sankami, skrzypeczkami, z kapliczką, z Góralką, Górolądkami i innymi Góralami. I okazuje się, że nawet po przeleceniu 10 000 kilometrów dopaść człowieka musi myśl: „Góralu czy Ci nie żal, że … miałeś chamie złoty róg!” Z tego co Pani pisze wynika, że po roku tamtejsze pendrajwy mają już pewnie z 5 Giga, a polska wieś nadal spokojna i ciągle pany boją się ruchu. Ciekawe, co ich może obudzić?! Pozdrawiam!

  3. Witam
    Przeczytałem dotychczasowe wpisy i jestem przyjemnie zaskoczony że na stronie POLITYKI pojawił się „Bambusowy Las” Lin Zhu;).
    Pozdrawiam

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Czapki z głów, ten blog jest coraz lepszy. Napisz książkę, jak wrócisz.

  6. Witam
    W Warszawskim Biurze Handlowym w Taipei nie było takich problemów. Pracuje tam tylko dwóch panów. Panowie ci dali mi adres E-mail pod który trzeba było wysłać wszystkie dane potrzebne do rejestracji wyborczej. Poza tym WBH rozesłało do wszystkich Polaków na wyspie ogłoszenie dot. wyborów, wraz instrukcją rejestracji.
    Pozdrawiam.
    P.S. w rozmowie z nimi także usłyszałem o „względach proceduralnych”
    Pozdrawiam

  7. Kurek… coś mi się zdaje że napisze nim wróci 😉

  8. Interesujące, ale dlaczego mowa jest tu o „Polakach”, gdy budynku ambasady pilnuje dwóch „chińczyków”. Czepiam się?

  9. Witam!
    Bardzo zaintrygował mnie Pani blog. Jestem osobą, która uwielbia słuchać relacji z podróży, często chodzę na pokazy slajdów z rożnych stron świata. Rozumiem, popieram pani chęć zmiany miejsc, trzymam więc kcuiki za doświadczanie ciekawych przygód. (My trochę zasiedzieliśmy się w jednym miejscu i trochę nas to uwiera:). W tym roku miałam zobaczyć swoje wymarzone fiordy w Norwegii, ale plany zmieniła istota mieszkająca w moim brzuchu:) na którą niecierpliwie za około miesiąc czekamy. Tym bardziej czekam na kolejne opisy doświadczeń z pobytu w Szanghaju.

  10. Do wielu konsulatów nie ma co sie fotygowac. Siedzą już na walizkach.

  11. I tak ma Pani szczęście: mieszkam w Bostonie, punkt wyborczy mam 3 godz. jazdy samochodem w jakimś domu kombatanta (czy polskiej parafii) w New Britain (co to w ogole jest za miejsce???). A polski konsulat „w Bostonie” miesci sie w turystycznej miejscowości nad Oceanem dobre 50 mil od Bostonu.

    Co do poliglotów w konsulacie, to Pani Adina bylaby overqualified na stanowisku konsula, czyz nie? Mysle, ze z sekretarka sie Pani troche czepia — nie sadze zeby do Szanghaju docierali Polacy znajacy tylko ojczysty jezyk 🙂

    Za to blog bardzo sympatyczny.

    m.

  12. Gratuluje zrobienia sobie wrogow na samym poczatku – i to w konsulacie, kiedys moze bedziesz potrzebowala ich pomocy. Nie rozumiem tez obawy przed mowieniem po angielsku czy chinsku, zakladam, ze oba znasz w wystarczajacym stopniu by przeprowadzic basic conversation? Powiem Ci tak: jaki ten konsulat szanghajski jest taki jest – ta opisana przez Ciebie pani z dzialu finansowego wyglada na klasyczna pozostalosc z wygodnych stanowisk w PRL – pewnie ma wystarczajace guanxi zeby siedziec tam i za 4erpe, ale na przyklad Konsul jest bardzo sensownym czlowiekiem, a poza tym jesli sie wkurzasz na cos takiego – nie wiem czego szukasz w Chinach. Mieszkam tu juz 3 lata i everyday life in China nauczyl mnie cierpliwosci – uwierz, ze juz niedlugo ta cala historia z konsulatem wyda Ci sie sofcikiem w porownaniu z tym jak potraktuja Cie gdzies Chinczycy, a juz szczegolnie w Szanghaju – tutaj ludzie sa specyficzni i nie ma zmiluj sie. Jeszcze dostaniesz niezlych lokci. Pozdrawiam z Sznaghaju,

  13. Brzmi to wszystko bardzo dowcipnie, choć wyobrażam sobie, jakie nerwy musiały towarzyszyć całemu zajściu. Pozostaje życzyć powodzenia.

  14. To bardzo zabawne ile ludzi zdaje sie nie zauwazac absurdalnosci tej sytuacji, ze w polskim konsulacie, osoba, ktora jest na pierwszej linii kontaktu z klientem nie mowi sie po polsku… I nie dosc, ze osoba odbierajaca telefon praktycznie nie mowi po polsku, to jeszcze nie jest ona w stanie przekazac sluchawki komus kto wlada tym jezykiem. A to juz jest wina organizacji pracy w konsulacie. Prawie dwadziescia lat od PRL i nic sie nie zmienilo… I nie, wbrew temu co niektore osoby we wpisach powyzej zdaja sie sugerowac – TO NIE JEST NORMALNE….

  15. Kilka spraw. Po pierwsze, Bambusowy Lesie, świetny blog. Zgadzam się z Kurkiem, że co odcinek jest lepszy. Po drugie – taka mała dygresja do komentarza KASI – nie chę być niemiła, ale to „czepianie się” Bambusowego Lasu niemówiącej po polsku sekretarki nie jest tak naprawdę czepianiem się, ale tylko zobrazowaniem jakiegoś paradoksu, sytuacji tak śmiesznej i nieoczekiwanej, że wręcz nieprawdopodobnej! Więc nie chodzi tu o to, czy ktoś nabierze cierpliwości, czy potrafi mówić po angielsku, ani nawet, czy robi sobie wrogów takim a nie innym zachowaniem. Wystarczy nieco zagłębić się w tekst aby to zrozumieć…

    P.S. Bambusowy Lesie, jeśli zdecydujesz się napisać a następnie wydać książkę, będę pierwszą osobą, która ją kupi!

  16. Ręce opadają. Tak może być tylko u nas.
    pozdrawiam marekk

  17. Witam,

    gratuluje jezyka – napisane lekko i przyjemnie. Ale.

    Osoba, o ktorej Pani wspomina, ze nadawalaby sie do pracy w konsulacie nie jest zapewne Chinczykiem/Chinka, nieprawdaz? I jak sobie Pani wyobraza zalatwianie przez taka osobe innych spraw z Chinczykami? Widac, ze Pani tutaj jeszcze jest krotko, bo za niedlugo przekona sie Pani, ze znajomosc jezyka to jeszcze nie wszystko.

    Nagrywanie rozmowy – chwyt ponizej pasa.

    Podsumowujac. Prosze dostrzec fakt, ze ktos (zapewne sekretarka z konsulatu) podala do Konsula Pani numer telefonu. Czy to nie jest pozytyw?

    I na koniec. Prosze sobie przypomniec, ze teraz byla Olimpiada w Szanghaju. Czy wiec nie oczekuje Pani zbyt wiele, ze cala obsada Konsulatu tylko czeka na osoby, ktore pojawiaja sie bez zapowiedzenia?

    Pozdrawiam!

    PS. Nie jestem pracownikiem konsulatu 🙂

  18. Witam,
    Twoj blog fajnie sie czyta. Ale niektore komentarze juz nie.
    Po pierwsze konsulaty i ambasady sa do pomocy obywatelom np. polskim kiedy oni tego potrzebuja a nie wtedy gdy ktos z np. konsulatu zdecyduje ze teraz jest taka potrzeba. A po drugie jesli to jest polska placowka to konsul, ambasador czy sekretarka maja mowic po polsku!!!!!!!!! To ze znam inne jezyki nie znaczy ze mam w polskiej placowce mowic po angielsku czy rosyjsku. A problemy placowek juz mnie troche mniej interesuja. To one sa dla mnie a nie odwrotnie!!!! A tym ktorzy uwazaja ze nie mam racji proponuje pojechac do polskiej placowki na totalne zad-pie i sprawdzic swoja znajomosc angielskiego, gdy nikt nie bedzie mowil po polsku w czasie pierwszego kontaktu. NIe wiem co pierwsze rozboli, rece czy glowa?
    Pozdrawiam

  19. Witam,
    Przyznam sie ze nigdy mi nie przyszlo do glowy robic problem z sekretarki konsulatu czy ambasady nie mowiacej po Polsku, pewnie dlatego, ze zawsze w jakims jezyku moglam sie dogadac. Ale rozumiem intencje. Obecnie mieszkam w Delhi i tez przeszlam przez angielskojezycznych sekretarzy, ale musze przyznac, ze zwykle szybko bylam laczona z konslulem po moim pierwszym „dzien dobry”. Jednego dnia sekretarz nie mogl mnie polaczyc bo nikogo nie bylo i przepraszajac poprosil bym zadzwonila pozniej.
    Natomiast przezylam kiedys chwile grozy w zwiazku z polskimi przedstawicielstwami dyplomatycznymi w Boliwii. Poniewarz ukradziono mi paszport musialam sie pilnie skontaktowac z Polska Ambasada. Poniewaz takowej nie ma w Boliwii, kontaktowalam sie z akredytowana na Boliwie ambasada w Limie. Tam mnie zapewniono ze po otrzymaniu ode mnie wszystkich niezbednych dokumentow nowy paszport zostanie przeslany do honorowego konsula Polski w La Paz. Jakiez bylo moje zdziwienie gdy okazalo sie iz ow honorowy konsul po pierwsze jest nieuchwytny (zaaranzowanie spotkania zajelo mi tydzen) co wiecej nie mowi po Polsku. Gdy zaczelam wpadac w panike, jak tez ja sobie poradze z moim lamanym hiszpanskim w tej sytuacji, okazalo sie ze konsul mowi po angielsku – dziekowalam wtedy opatrznosci za ten jego angielski!!!

  20. Tak zwany „śmiech przez łzy”, współczuję :] i podziwiam za cierpliwość.

  21. Też dotyczy Azji. Córka przebywa od pewnego czasu w Indonezji. 2 lata temu przebywała na Jawie, więc głosowała w Polskiej Ambasadzie w Dżakarcie. Obecnie przebywa w północnej części Sumatry – b. daleko od stolicy. Prosze sobie wyobrazić, że Ambasada sama do niej zadzwoniła z pytaniem, czy bedzie mogła przyjechać na głosowanie. A więc można…

  22. Do czepialskich, powtórzę to co już ktoś napisał – sekretarka na pierwszej linii kontaktu z petentem w POLSKIEJ ambasadzie/konsulacie ma psi obowiązek mówienia po polsku. Bo co jeśli do Chin trafia osoba, która w wyjeździe turystycznym po chińsku czy angielsku nie, za to mówi po rosyjsku i niemiecku? Te dwa języki doskonale wystarczą żeby wybrać się do Szanghaju na wycieczkę. A takich pań czy panów w konsulacie należy się czepiać, wnosić wszystkie możliwe skargi, bo inaczej nic się nie zmieni i bedzie taki sam postkomunistyczny grajdół jak jest.

    A co do załatwiania petentów chińskich – co za problem żeby sekretarka mogła przekazać słuchałkę Chince/Chińczykowi zatrudnionemu w ambasadzie? Lub na odwrót? Jak jadę za granicę to polski konsulat/ambasada ma być dla mnie otwarta i tyle, bo jak mnie okradną/pobiją/napadną to co? Będę słyszała że po co jechałam, skoro mogłam zostać u siebie? Wolne żarty, moi państwo.

  23. Jezusie Maryjo najswietsi – chinska sekretarka
    w polskim konsulacie na koncu swiata nie zna polskiego!
    I co z tego? Swiat sie zawalil? Mialas sytuacje wyjatkowa
    (choroba, aresztowanie itp.) i nie moglas otrzymac
    pomocy ze strony konsula? Chyba nie co?
    Wyluzuj sie troche to moze Ci sie bedzi lepiej zylo
    na tym niedoskonalym swiecie.

  24. Witam!
    Proszę Państwa.. To jeszcze nic. Proszę spróbować wyjść za mąż w Boliwii!!!! Tam w ogóle nie ma polskiego konsula, trzeba się kontaktować z Peru! Dodając do tego wszystkiego ichniejszą biurokrację, która po prostu powala z nóg najbardziej cierpliwe osoby.. Akt małżeński wyszedł z urzedów po czterech miesiącach nieustannego przesyłania kopii przeróżnych dokumentów… A i tak nie jest jeszcze w naszych rękach!!! (co może oznaczac kolejne cztery miesiące…)!!!

  25. I najważniejsze Konsulaty przyjmują petentów w okreslonych godzinach! to na www konsulatu jest napisane na pewno!