Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

21.10.2007
niedziela

Business is business

21 października 2007, niedziela,

Gdy mieszkałam w Warszawie, bardzo dużo mówiło się o tym, że w weekend wszyscy biorący udział w wyścigu szczurów muszą odreagować, więc już od piątku przez sobotę, po poranne godziny niedzielne odbywało się wielkie imprezowanie. Tak przynajmniej sie mówiło. Ponieważ moje studenckie imprezowanie warszawskie nie wpisywało sie w tę konwencję ani ze względów finansowych, snobistycznych, ani też nazwijmy to klimatycznych,  wyglądało więc ono trochę inaczej. Nigdy nie dotarłam na przykład do Klubokawiarni, która wtedy przynajmniej wiodła prym. Wybór padał bardziej na puby, koncerty, w porywach zdarzało się wyjście do Somy. W większości przypadków jednak zatrzymywałam się gdzies w muzycznych okolicach zapuszczonej, lecz tylko z pozoru, Aurory.

I oto jestem.
Kilka imprezowych weekendów i tracę orientację w terenie. Już nie wiem, w jakich klubach byłam, gdzie warto chodzić, a których raczej trzeba unikać. Zbyt dużo miejsc w zbyt krótkim czasie.

Za to już od samego początku podstawą mojego nocnego przetrwania stała się następująca zasada, iż aby nie zbankrutować interesuje mnie tylko i wyłącznie opcja ‘open bar’. Zazwyczaj wynosi ona pomiędzy 80 a 120 RMB, czyli około 8-12 euro. Płacę i już nie pytam, ile co kosztuje, od teraz wszystko jest dostępne – niebezpieczna gra w ‘napychanie’ sie alkoholem, z której duża część osób wychodzi niestety przegrana… więc moja nowa zasada brzmi: wypij tyle ile potrzebujesz, a nie tyle ile ci dają.

Do pierwszego klubu trafiłam trochę z zaskoczenia. Miała być urodzinowa kolacja. I była. Ale jak to kolacja, rozbudza apetyt na coś jeszcze, więc bardzo szybko padła propozycja przeniesienia się w bardziej ‘luźne’ miejsce.
Wystarczyło 5 minut i dotarły do mnie prawdy imprezowego życia:
1.pomimo chłodnych wieczorów nie zabieraj kurtki, swetra, szala, bo potem stoisz pod ścianą obładowana jak podróżny na peronie.
2.nie licz na stolik, najlepiej załóż, że ich w ogóle nie ma.
3.torebka to uciążliwy gadżet. No chyba, że można przewiesić ją ‘na ukos’. Dla bardziej pomysłowych – pasek z mini kieszeniami, w których zmieści się wkiększość kobiecych akcesoriów. Pasek, który ma coś z biżuterii, ozdoby i wygody, tylko gdzie można taki kupić?
4.ludowstręt zostaw w domu, a tematy do rozmów przed klubem.
5.nie zniechęcaj się rozpiętością wiekową – dzisiejsze 15 latki nie oglądają wieczorami Beverly Hills 90210, one chodzą do klubów i wiedzą o nich więcej, niż ty.
6.‘luźne’ miejsce nie oznacza bynajmniej swobody poruszania się, dojścia do baru, czy dotarcia do toalety, ‘luźny’ jest bardziej określeniem stanu ducha niż otoczenia, w którym się znajdujesz.
Dla stałych bywalców punkty te są zapewne podstawą, o której nawet nie warto wspominać. Wiedzą, że rozpięte łokcie, trzy słowa zamiast trzech zdań, ruch ręką i drink jest już ich. Wiedzą też, w którym klubie nie należy pozostawiać szklanki bez opieki, by potem na zasadzie barteru dostać kolejnego drinka i gdzie warto pójść nawet pomimo braku opcji ‘open bar’. Trzeba szybko myśleć, szybko podejmować decyzje, szybko się bawić. Ja muszę szybko się uczyć, inaczej szybko polegnę.

Czy to moje zamknięcie się na tamto środowisko imprezującej Warszawki daje mi się teraz we znaki? Nagle okazało się bowiem, że niewiele wiem na temat tzn. życia nocnego. Być może. Nie zakładam bowiem, by Warszawa czy też inne większe miasta pozbawione były takiego nocnego oblicza. Nocnym obrazem mojej Warszawy były kwiaciarki przy Bitwy Warszawskiej. Nocnym obrazem mojego Szanghaju są jak na razie wlewające/wylewające się do/z klubów tłumy ludzi, tłumy łapiące taksówki, kupujące bilety wstępu, jedzenie na straganach, kwiaty od nocnych kwiaciarek… W końcu czy to dzień czy noc business is business.

P.S do Joanny: Podniosło mnie na duchu to, że jednak się da:)

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Trening czyni mistrza, nie tylko w znalezieniu się w tej dżunglii ale też w ilości wypitego alkoholu. Po dobrym treningu podobno już nawet głowa nie boli, tylko nie wiadomo czy to kwestia wypitego alkoholu, czy też jego realnej zawartości w tych pseudo drinkach: mocno slodkich, z ogromna ilością lodu. Ale wkońcu kto chce skończyć w AA… Pozdrawiam serdecznie

  2. A ja slyszalam ‚gabko’, ze mozesz wchlonac calkiem sporo bez konsekwencji :o)

  3. Hej,
    Bardzo podoba mi sie Twoj styl – lekki, i czyta sie naprawde dobrze. Nadal jednak nie moge doszukac sie tresci.. Poki co za bardzo mi to przypomina wpis typu: „moj drogi pamietniczku”. Nie widze w tym Chin, przynajmniej jeszcze nie. Ale wierze, ze ujrze jak juz tu posiedzisz pare miesiecy. Powodzenia!

  4. Przez przypadek wpadłem na tą stronę. Postanowiłem przeczytąc kawałek i… bardzo mie wciągneło 🙂 Artykuł bardzo dobry, interesujący i co ważne treściwy.
    Pozdrawiam