Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

31.03.2008
poniedziałek

复活节 (fuhuojie) czyli Wielkanoc po chińsku

31 marca 2008, poniedziałek,

W Wielkanocną Sobotę…

– Ktoś tu lubi jeść jajka – zaciągnęła moja niemiecka współlokatorka wchodząc do kuchni i patrząc na garnek pełen gotujących się jajek.

– Jest Wielkanoc – odpowiedziałam jej bez większego entuzjazmu dolewając do gotującej się wody kolejną buteleczkę sosu sojowego. Nie było bowiem w naszej kuchni cebulowych skorupek, trzeba było więc radzić sobie z farbowaniem jajek w azjatycki sposób.

– Faktycznie! – krzyknęła oświecona moimi słowami, po czym oznajmiła, że wychodzi z mieszkania.

Ja natomiast zakomunikowałam naszej polskiej dwójce – czyli samej sobie i temu drugiemu, co tu ze mną mieszka – że oto nadszedł czas malowania pisanek. Zasiedliśmy przy kuchennym stole, na środku postawiliśmy garnek z ugotowanymi wcześniej jajkami i już już mieliśmy zabrać się do tego świątecznego malowania, kiedy zdaliśmy sobie sprawę z braku narzędzi podstawowych. Bo w mieszkaniu ani kredek, ani flamastrów, ani farbek. Nic.

– Mam marker do CD – zadowolony z siebie powiedział On.

Ja, by nie być gorszą, pobiegłam i przyniosłam kredkę do oczu. I znowu zasiedliśmy przy stole nad garnkiem z jajkami.

Jednocześnie, dokładnie w tym samym momencie popatrzyliśmy na lodówkę i już wszystko było jasne. Miód, cukier, ketchup, wasabi, a nawet kiełki. Wszystko, co tylko wykazywało choćby najmniejszą przydatność ze względu na swą giętkość, lepkość lub też konsystencję pasty zostało natychmiast przetransportowane z lodówki na kuchenny stół. Byliśmy uratowani, ubaw przy tym mieliśmy przedni, a i efekt końcowy był nader zadowalający.

pisanki.jpg
 
Trzeba przyznać, iż poza samymi jajkami, cały koszyk był raczej ekstrawagancki, bo znalazły się w nim marchewki, oscypki (ostatnia paczka przywieziona z Polski), torebki z barszczem czerwonym, a nawet wino. Cały ten wielkanocny koszyk pojechał bowiem na przyjęcie do znajomych, którzy też stanęli na wysokości zadania, bo były i przysmażane ziemniaki i nawet sałata z fetą.

W Niedzielę Wielkanocną natomiast…

Nigdy nie byłam w chińskim pseudo katolickim kościele. Nawet nie miałam zamiaru tam pójść do czasu, aż moja znajoma Chinka zaproponowała, że z okazji Świąt mogłybyśmy wybrać się razem. – Czemu nie – pomyślałam sobie.
Nieco spóźnione wbiegłyśmy na teren kościoła i w końcu do środka. A tam pełno.

– Ile ludzi – szepnęła do mnie moja Chinka i pociągnęła mnie z powrotem na zewnątrz.

Wyciągnęła swój telefon komórkowy i po chwili powiedziała – Gdzie jesteś? Jest strasznie dużo ludzi. Na piętrze? Ok. Już idziemy – po czym rozłączyła się.

– Chodź – powiedziała do mnie – moja koleżanka ma dla nas miejsca siedzące.

Zdziwiło mnie, że koleżanka, mająca dla nas miejsca na piętrze, odbiera telefon w kościele…

Weszłyśmy na piętro, które wyglądało raczej jak balkon w teatrze. Czerwone składane fotele. Na dole natomiast coś na kształt sceny-ołtarza. Poza dużym wiszącym na filarze krzyżem i poza niezliczoną ilością Biblii i śpiewników nic, co mogłoby wskazywać na to, że jesteśmy w kościele katolickim.

Wielkanoc.jpg
 
Msza rozpoczęła się od wspólnego śpiewu i jedyne, co zrozumiałam, to przęciągnięte nieco Alleluja. Potem trzy czytania – wszystkie również odczytane chóralnie, razem na głos, jak dzieci w szkole. Następnie do mikrofonu podeszła kobieta, podobno specjalnie szkolona do wygłaszania czegoś na kształt kazania.

Nawiązywała do przeczytanych kilka chwil wcześniej fragmentów Biblii. Mówiła długo, teatralnie modelując głosem. Potem znów były wspólne śpiewy i … koniec. Ot i cała msza. Spojrzałam ze zdziwieniem na moją znajomą, a ona widząc, że nie do końca rozumiem, co się dzieje, odpowiedziała –  Już koniec.

Po mszy natomiast na scenie-ołtarzu odbyły się występy dzieci. Podobno było to okazjonalnie przygotowane ze względu na Święta Wielkanocne.

– Ten kościół jest stosunkowo nowy, nowoczesny – zaczęła tłumaczyć mi moja znajoma Chinka, kiedy opuszczałyśmy budynek – Mamy również w Szanghaju kościoły bardziej tradycyjne.

– Jak to tradycyjne? – zaciekawiła mnie – Budynki są bardziej tradycyjne – doprecyzowała ona.

W Wielkanocny Poniedziałek…

To był dzień na wpół pracujący a na wpół świateczny. Ponieważ rzeczywistość za oknem żyła pierwszym dniem tygodnia, postanowiłam, że chociaż wieczór będzie miał akcent poslki, nie do końca świateczny, ale polski. Wybrałam się więc w znajome miesce, czyli do sklepiku z filmami.

sklep
 
Udało się. Katyń Andrzeja Wajdy. Może mało świątecznie, ale za to doniośle.

Ot i całe Święta.

P.S. Dziękuję za miłe przywitanie po tej długiej przerwie. 🙂
Jeśli chodzi o sprawę Tybetu, to tutejsze media informują o aktach przemocy interpretując fakty wedle własnego uznania, o czym można się przekonać przeglądając choćby oficjalną stronę China Daily, a tam np:

http://www.chinadaily.com.cn/china/2008-03/24/content_6561131.htm

Natomiast zachodnie stacje informacyjne takie jak BBC czy CNN są pod ścisłą kontrolą cenzury i jak tylko nadają nieprzychylne lub niezgadzające się z chińską wersją wydarzeń informacje, zagłuszają odbiór. Pojawia się wtedy na ekranie czarny obraz. Dżwięku brak oczywiście.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Hehe 🙂 Gratuluje pomyslowosci z malowaniem pisanek 😉

  2. No tak Polak na emigracji to sobie radzi, ale marchewka to rozumiem ukłon w stronę króliczka wielkanocnego?
    Ja na Wielkanoc jadłam żabki:) podobno z Wietnamu…
    Pozdrawiam:)