Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

5.05.2008
poniedziałek

Uliczna przedsiębiorczość

5 maja 2008, poniedziałek,

Kiedy przejeżdżaliśmy ostatnie bramki autostrady, te które są wrotami do miasta, kierowca zapytał, czy wiem, jak dojechać do celu. Nie wiedziałam. Miałam raczej jakieś blade pojęcie, w którą stronę należy się kierować. Jak się okazało, nasz samochód nie był wyposażony w nawigację. Pomyślałam więc, że mamy problem. Że zamiast godzinnej jazdy przez miasto, utkniemy w gąszczu ulic i by uratować i siebie i kierowcę, pomimo niezliczonych bagaży, zdecyduję się poprostu przesiąść na metro. Nawigatora bowiem brak.

– No problem – powiedział jednak mój kierowca.

I znowu Chiny mnie zaskoczyły. A raczej Chińczycy mnie zaskoczyli. Zaskoczyła mnie ponownie ich przedsiębiorczość, uliczna przedsiębiorczość. Nie ma tu bowiem żadnej luki. Przy akademikach pietrzą się narzędzia, dętki, śrubki. Tam bowiem jest duże zapotrzebowanie na rowerowych speców.

Naprawiają stare zdezelowane damki, ale nowe górale też. Sprzedają rowerowe akcesoria, a gdy nie ma klientów, grają w karty. Zresztą tych, którzy żyją z ulicznej gry w karty też jest sporo. Do tego nikogo nie dziwią wozy z jedzeniem, z filmami DVD, owocami, kwiatami. Ale klucze na ulicy też dorobić się da, zaraz obok szewca, ktory na swoim wozie wymienia zużyte zelówki.

I nas wtedy, w tej drodze do Szanghaju, uliczna przedsiębiorczość uratowała. Zaraz bowiem po przekroczeniu ostatnich przed miastem bramek autostrady, zjechaliśmy na pobocze. Gdy tylko samochód zaczął zwalniać i gdy tylko kierowca uchylił szybę, podbiegło trzech zainteresowanych.
 
– Gdzie chcemy dojechać i ile jesteśmy w stanie za to zapłacić?

Targi trwały dobrą chwilę. W końcu czekała nas przeprawa na drugi kraniec miasta. Podany przeze mnie adres został od razu rozpoznany. 40 yuanow dla naszego nowego pilota, stargowane z początkowej stawki 100, plus obietnica, że pilot po dotarciu do celu zostanie odwieziony na miejsce, z ktorego go zabraliśmy.

W przeciwnym razie stawka byłaby inna. Dla kierowcy ten bonus, którego oczekiwał pilot był na rękę, jako iż jego zadniem było odwieźć mnie na miejsce, by potem wrócić do miasta, z którego wyjechaliśmy kilka godzin wcześniej.

Chińczyk, jak na prawdziwego zresztą pilota przystało, usadowił się na siedzeniu obok kierowcy, wymamrotał jakieś wskazówki, po czym zamknął oczy i … zasnął. Przez pierwsze kilkanaście minut jechaliśmy pewnie przed siebie zmieniając jedną estakade na kolejną. Ale w miarę, jak czas mijał, kierowca jechał coraz wolniej, rozglądając się bezradnie. W końcu szturchnął pilota, który jak opażony podskoczył na fotelu.

Zupełnie zdezorienotwany, rozespany, przez pierwszych kilka sekund wyglądał tak, jakby nie wiedział, gdzie jest, z kim i dlaczego. To wtedy przeszło mi przez myśl, że potrzebujemy nawigatora z prawdziwego zdarzenia. A jeśli nie, to choć szanghajskiego taksówkarza, który zna tutaj nawet najmniejszą uliczkę zapodzianą gdzieś na obrzeżach.

Ale chińska przedsiebiorczość szybko otrzeźwiała. Powtórzyłam adres, a pilot już zupełnie rozumnie pokiwał głową na znak, że zna droge do celu.  I faktycznie znał.

P.S. 
I jeszcze historia sprzed kilku dni.
 
Udałam się bowiem z koleżanką na zakupy. Koleżanka chciała kupić torebkę. Nie mając gotówki wyciągnęła kartę płatniczą. Niestety. Nie przyjmują. Już miałyśmy odchodzić od kasy, kiedy sprzedawczyni powiedziała, że nic nie szkodzi.

Pójdziemy do sklepu obok i tam dokonamy transakcji, po czym udała się w kierunku wyjścia. My za nią. Wyszłyśmy na ulicę, by zaraz wejść do środka brudnej i niezbyt zachęcającej swym wyglądem knajpy.

Przy jednym ze stolików trzech kucharzy i kelnerka grali w karty. Sprzedawczyni w trzech słowach wytłumaczyła, o co chodzi. Kelnerka spojrzała na nią pełna zrozumienia. Pokiwała głową jednocześnie mówiąc, że nie ma sprawy … tylko musimy poczekać aż skończą grać.

Po 10 minutach szłyśmy już z torebką ze sklepu odzieżowego i z paragonem z knajpy. Ważne, że klient dostał, co chciał. Ważne, że pieniądze od klienta zostały u przedsiębiorcy. 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Właśnie dlatego czytam ten blog, potrafi zaskakiwać w każdym aspekcie życia. Pokazać rzeczy, czynności tam normalne, a dla nas jakby z innej planety.
    Szkoda, że czasami tak długo tylko trzeba czekać na kolejny wpis.
    Pozdrawiam

  2. Z przyjemnościa czytam te Pani „opowieści chińskie ” 🙂 Pokrywaja się z moimi wrazeniami stamtąd, choć ja zwiedzałam Chiny turystycznie, w grupie, i wiadomo ze nie ma się wtedy czasu na uczestniczenie w takim codziennym zyciu. Żałuję, że nie miałam takiej możliwości.. Ale korzystałam z czasu wolnego, aby moc np. poćwiczyć razem z Chinczykami rano w parku tai chi, zajrzeć do sklepików i małych restauracji. Dawało mi to namiastkę codziennego zycia w tym kraju. Nawet teraz, gdy czytam o tym jakim kosztem ludzi i zwierzat ( np. kotów w Pekinie – art, w m-ku Kot) przygotowuje się obiekty i miasto do Olimpiady, to i tak uważam, że mimo wszystko są oni niesamowici. Pozdrawiam , zyczę udanego pobytu i czekam na dalsze relacje 🙂 ZM

  3. Podobna sytuacje mialem w Malezji, w Geotgetown. Potrzebowalem sie przedostac w z jednej wyspy na druga, ale nie bardzo mialem pojecie gdzie kupic bilet. Spytalem w takim ichnim odpowiedniku warzywniaka, kobiecina podrapala sie w glowie i powiedziala ze no problem, moge u niej kupic.

    Po czym zamknela sklepik, poprowadzila mnie w jakies uliczki do innego sklepu, przekazala mnie jego wlascicielowi, ktory zamknal sklep i zaprowadzil mnie do trzeciego sklepu, w ktorym to wykonal telefon w blizej nieokreslone miesce. Zgarnal pieniadze i podal mi odrecznie zapisany kawalek papieru, razem z instrukcja zeby z tym papierkiem stawic sie nastepnego dnia o 11 rano przy nabrzezu.

    Bylem przekonany, ze wlasnie dalem sie zrobic w trabe, ale nie, nastepnego dnia faktycznie czekal tam.. hm.. statek produkcji nieokreslonej, w sluszym wieku, karteczka zostala przyjeta bez mrugniecia okiem i juz kilka godzin oraz dwie awarie pozniej cieszylem sie towarzystwem stada malp na odludnej wyspie, 1 stopien na polnoc od rownika 🙂

  4. Bartku, czy komentarz wysłałeś z odludnej wyspy? Bo nie wspominasz nic o bilecie powrotnym. Może wysłać po Ciebie jakąś łajbę? Trzymaj się jak Tarzan (wśród małp).
    en