Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

12.06.2008
czwartek

Dziadek, Euro i Turcy.

12 czerwca 2008, czwartek,

O piłce nożnej wiem nieco więcej niż o Formule 1. Wyszkolona przez dziadka, który ma w życiu trzy pasje: pociągi, rowery i piłkę nożną właśnie, wiem, co to jest spalony, wiem też, kto powiedział, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, a z dzieciństwa pamiętam dokładnie, że oglądanie Maradony było ważniejsze niż wszystkie odcinki Dynastii razem wzięte, niż święta, spotkania rodzinne i moja potrzeba zabawy na podwórku.
 

1.jpg
 

Najważniejsze od zawsze było obejrzenie meczu. W spokoju. Bez dziecięcych krzyków i wrzasków. Trzeba więc było siedzieć cicho albo trzeba było zniknąć. Można było się wciągnąć w tę piłkę albo nudzić. A że babcia dziadkową pasję popierała i nadal popiera całym sercem, tak więc i mi się trochę udzieliło. Choć nie tak bardzo jak dziadkowi. Nie śledzę bowiem z przejęciem tabel i wyników, a tym bardziej nie jestem największym kibicem klubu Barciczanka. A co tu dużo mówić, dziadek jest. Dostał nawet z tego tytułu jakieś odznaczenie. Ja natomiast pozostałam na poziomie wiedzy o spalonym i na poziomie gry w dziewczęcej drużynie piłki nożnej. Pomocnik na lewym skrzydle, o ile jeszcze dobrze pamiętam. „Drużyna” w tym kontkście, to zdecydowanie zbyt dużo powiedziane.

Budzik zadzwonił równiutko o 1:00. I równiutko o 1:00 pomyślałam sobie, że zwariowałam już zupełnie. Ale czego się nie robi dla dziadka, dla sportu, dla tego poczucia przynależności do grupy.

Spotkaliśmy się w Irish Pubie o nazwie O’Malley’s. Już od skrzyżowania było słychać, że coś się tam dzieje, że pomimo iż dochodzila 2:30, impreza tętniła życiem. Na murze czytelna informacja – wywieszone plakaty Euro 2008.

Po przekroczeniu bramy wszystko stało się jasne. Jesteśmy u siebie. Ja bym powiedziała, że krakowsko, niektórzy mówili, że po prostu polsko, jeszcze inni, że europejsko. Bo za bramą był dziedziniec, a na dziedzińcu rozłożony namiot, telebim i ławki, dalej druga sala – pod dachem. Drugi telebim, ławki i stoliki z krzesłami. Bardzo to wszystko wyglądało „po naszemu”. Pipy z piwem i praktycznie sami biali.

W gruncie rzeczy praktycznie sami Niemcy. My mieliśmy nasz „Polish corner”. Biało-czerwony. I tylko moja niemiecka współlokatorka i jej stojący za nami chłopak przypominali nam niezbicie, że nawet w naszym polskim kąciku tych Niemców nie uda się zdominować.
 

2.jpg
 

Zaczęło się dobrze. Od kufla piwa i od zagrzewających do walki nawoływań. Od polsko-niemieckich zdjęć, od przekonania, że wszystko jest możliwe i od żartów, która z nas będzie się musiała wyprowadzić ze wspólnego mieszkania, jeśli mecz nie zakończy się remisem.

I nagle ten gol i nasze pełne wiary okrzyki ‘Polska gola! Polska gola!’. Tylko coś mi w tych okrzykach nie pasowało. Odwróciłam się i … właśnie. Niemiecki chłopak mojej współlokatorki krzyczał razem z nami. Kiedy na niego spojrzałam zdziwionym wzrokiem, zapytał:

– Co to znaczy „gola”?

I gdy usłyszał moją odpowiedz, krzyknął coś po niemiecku. Zakładam, że wycofał się z okrzyków poprzednich.

Potem nasz spalony (jednak dobrze wiedzieć, co to jest), który gdyby spalonym nie był…

I w końcu gol numer dwa i wołanie, że Polak Polakowi taką krzywdę robi! A Niemcy na to, że nas „wzięli po raz drugi”. Powiało grozą, bo to już nie chodziło o piłkę nożną. I chyba trochę, żeby nas udobruchać, choć może tylko mi się tak wydawało, już nie krzyczeli Lukas, ale Łukasz.
 

2.jpg
 

A gdyby ten spalony spalonym nie byl, to moglibyśmy przynajmniej tym Niemcom szanghajskim trochę utrzeć nosa. No ale nie tak, to inaczej.

– Wy macie dziś Podolskiego, a my mamy Kubice!

A któryś z nich na to, żebyśmy sportu ze sportem nie mieszali. Rację miał.

I w tej euforii jednych i smutku drugich pozostało jakże miłe poczucie, że atmosfera była fantastyczna, że nas znowu sport jednoczy, że nic się nie stało, prawda? A skoro nic się nie stało, to przecież nie będę się musiała jednak wyprowadzać…

– Byle byśmy następnego meczu nie grali z Arabami – powiedziała moja polska koleżanka, kiedy wracałyśmy nad ranem do domu.

– Byle byśmy nie grali z Arabami – powtórzyłam, wiedząc, że chodzi jej tylko o to, by następnym razem też było tyle białych męskich twarzy w około i miałam się już nic nie odzywać, nie mówić, że to będą Austryjacy i Chorwaci, ale dziadkowe wpajanie mi piłkarskich zasad, informacji o drużynach i zafascynowania tym sportem w ogole, nie pozwoliło mi nie dodać – Jakich Arabów?! To Euro w końcu jest.

– A Turcy? – zapytała ona – Czy Turcy grają?

Nie wiem. Taki właśnie ze mnie ekspert piłkarski, że mi się wszystko w głowie miesza. Bo odwieczne pytanie czy Turcy są w Europie czy też nie, rzucilo cień na moją piłkarską wiedzę. Najlepiej jak zadzwonie do dziadka.  On będzie wiedział, czy Turcy grają czy nie grają, albo że mogli grać, ale się nie zakwalifikowali, bo o to czy są w Europie czy nie, pytać nie będę. Nie można bowiem dziadkowi w takiej chwili głowy zaprzątać bzdurami.
 

O’Malley’s Irish Pub
42 Tao Jiang Road
桃江路42号
http://omalleys-shanghai.com/

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Turcy graja, ale nie sa Arabami. Wkladanie Turkow do jednego worka z Arabami to dokladnie to samo co robia z nami Amerykanie: Polak, Wegier, Czech, Bulgar to dla nich jedno.

  2. Pani Asiu. Bardzo lubię Pani teksty (już o tym pisałam) Turcy rzeczywiście nie mają nic wspólnego z Arabami , poza wyznaniem i poza tym, że dość długo Arabami rządzili. To nawet różne rodziny językowe (turkmeńska i semicka) ale oczywiście doskonale rozumiem, że wieczór „meczowy” w pubie nie nastraja do przeszukiwania pamięci. Dzisiaj też mecz i oby okrzyki były na cześć biało-czerwonych.
    Pozdrawiam.

  3. Traf chciał, że i Kubica i Podolski – tego samego dnia zdobywali laury dla niemieckich zespołów (Kubica dla BMW!). Chociaż Kubicy – zagrano Mazurka Dąbrowskiego, a Podolskiemu – inny..

  4. Pani Joanno, cieszę się, że mogę czytać pani blog. Zazdroszcżę pani tej chińskiej przygody. Dzięki pani poprzedniemu wpisowi kupiłam „Dobre kobiety z Chin”. Tematyka rzeczywiście fascynująca, choć jak na mój gust styl nieco egzaltowany. Czekam na następne migawki z Państwa Środka.
    Pozdrowienia z pochmurnego dziś Rzeszowa.