Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

23.06.2008
poniedziałek

Tłum, który nie drgnął

23 czerwca 2008, poniedziałek,

Wątek pierwszy.

Mam uraz. Jeśli stoję za kimś i ten ktoś odpycha łokcie do tyłu, to mi się zdaje, że zaraz dostanę prosto w nos. A to dlatego, że kiedyś tak dostałam. Nos złamany. Noc na pogotowiu. Do tego nosze okulary, więc to automatycznie oznacza, że taki cios jest poza nosem wymierzony właśnie w okulary. No i niedawno padłam jak długa na prostej drodze. Poobijane kolana, dłonie i, oj nie wiem, jak to się stało, złamane okulary.

– Tak, tak Zenonie, któryś mnie to ofiarnie z tej drogi zbierał, nie dało się tych pomarańczowych okularów naprawić nigdzie, więc od środy mam nowe.

Wątek drugi.

W tym tygodniu w Szanghaju odbywa się Szanghajski Festiwal Filmowy. Chodzę więc samotnie do kina i oglądam w sumie, co popadnie. Jedynie dwa filmy skrzętnie wybrane. „Sztuczki”  Andrzeja Jakimowskiego i „Mongol” Sergieia Bodrova. Pierwszy dlatego, że jestem fanem kina polskiego. Drugi, bo wybieram się, choć nie wiem jeszcze kiedy, do Kazachstanu i w ramach tego planu rozpoczynam zaznajamianie się ze wszystkim, co Azji Środkowej dotyczy. Niestety są to jedyne filmy – przedstwiciele zarówno Polski jak i Kazachstanu.

Wyboru więc nie ma wielkiego. Do tego, o ile film Jakimowskiego udało mi się zobaczyć dziś czyli w piątek, tak filmu Bodrova nie zobaczę wcale, bo grają go w weekend, a właśnie na weekend z Szanghaju wyjeżdżam.

Połączenie wątków pierwszego z drugim.

Kiedy wyszłam z kina zmiotła mnie z powierzchni ziemi ta fala gorąca, która w Szanghaju zadomowiła się już na dobre. Powiew lata, takiego egzotycznego, jak na wakacjach w Egipcie. Zamarzył mi się urlop, więc postanowiłam zafundować sobie nieco tańszą opcję, czyli spacer. Z muzyką w uszach i filmem jeszcze przed oczami ruszyłam wzdłuż jednej z głównych ulic miasta.

Wyłączyłam się z otaczającego mnie świata zupełnie. Zawieszona gdzieś między muzyką a filmem stanęłam jak wryta, kiedy przede mną poszybowała gdzieś na wysokości ramion damska torebka. Jej zawartość wysypałą się na chodnik, ale nikt jakby nie zwrócił na to uwagi. Nawet właścicielka. Na właścicielkę bowiem rzucił się z pięściami jakiś mężczyzna. Jak na zwolnionym tempie, klatka po klatce przeskakują mi obrazy. Jak on ją uderza w ramię, jak ona próbuje się bronić. Odpycha go, kopie, ale nie daje rady. W końcu on łapie ją za szyję, przyciska jej nogi do murka, a głowę wbija w rosnący obok żywopłot.

Nagle słyszę, jak ktoś krzyczy coś po angielsku, jakby – Hey man! What the hell are you doing?! I dopiero po chwili, jak już ciągnę tego gościa za koszulkę, uświadamiam sobie, że to ja. Kołnierzyk od koszulki wbija mu się w gardło, rozluźnia ręce na szyji leżącej jeszcze w żywopłocie Chinki, materiał nie wytrzymuje mojego szarpania i rozdziera się na całej długości pleców. Wściekły Chińczyk odrzuca ramiona do tyłu, a ja już mam wizję, jak jego łokciem dostaję prosto w nos, jak jadę na pogotowie, a jutro znowu idę po kolejne okulary.

Ale w tym samym momencie mężczyzna jakby uspokoił się, na chwilę dał za wygraną, a ja odsunęłam się by być w bezpiecznej odległości od jego ewentualnych ciosów. Leżąca do tej pory z głową w żywopłocie kobieta z trudem łapała oddech. A ja kątem oka zauważyłam tłum, który w tym czasie – a to dosłownie kilka sekund trwało – zebrał się na ulicy.

Nic tam już po mnie. Kobieta złapała oddech.On z rozdartą koszulką, ale bez krwi na rękach. I chiński tłum. Tłum, który nawet nie drgnął.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop