Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

15.07.2008
wtorek

Klub podróżnika

15 lipca 2008, wtorek,

– A teraz następna osoba! – Krzyknął do mikrofonu Free, czyli lider naszej grupy. Wstałam z fotela, bo to moja kolej była

– Uuuuu – zawrzało w autobusie i dało się słyszeć kilka głośnych okrzyków – hello!

Już na przystanku, kiedy czekaliśmy na autokar, wszyscy przyglądali mi się z zaciekawieniem. Ja przyglądałam się im, gdyż na spotkaniu organizacyjnym szanghajskiego klubu podróżnika było może 15 osób. A tu nagle cały autokar. Ponad 50 Chińczyków i ja.

I wtedy na tym przystanku oni nieśmiało i ukradkiem lustrowali mnie od stóp do głowy. Teraz mieli mnie całą, stojącą na środku autobusu z mikrofonem w dłoni.

Każdy się przedstawiał, mówił kilka zdań o sobie, bo mimo iż klub w każdy weekend organizuje jakieś wyjazdy za miasto, to jednak nie wszyscy się znają. No i ciągle są nowi, jak ja dzisiaj. Nigdy jednak nie było wśród nich żadnego Białego. Białej też nie było, więc kiedy skończyłam się przedstawiać od razu padło pytanie, czy mam męża.

Na koniec Free oznajmił stanowczym tonem:

– Skoro wszyscy się już znamy, to mogę zdradzić wam tajemnicę, iż na tę wycieczkę plan jest taki… że nie ma planu. Obowiązuje tylko jedna zasada: bezpieczeństwo jest najważniejsze. Mam nadzieje, że wszyscy będziemy się świetnie bawić – dodał na koniec.

Obudziło mnie nagłe hamowanie autokaru i głos siedzącej obok mnie Xiaohui, że dojechaliśmy do miasta Shipu. Śmierdziało rybami. Byliśmy w starym porcie.

Po 30 minutowym oczekiwaniu w końcu usłyszeliśmy warkot silników.

– Ashhhhka – krzyknął do mnie Eric, który, jak oznajmił w ramach swoich pięciu minut z mikrofonem, nigdzie nie rusza się bez swojej dziewczyny – numer 379! Płyniesz z nami!

Do nabrzeża podpłynęły niewielkie niebieskie łódki. Podzieleni na pięć grup wskoczyliśmy na pokład.

– Wrzućcie bagaże na dół! – poinstruował nas stary Chińczyk, właściciel łódki, i dłonią wskazał, gdzie mamy te plecaki wrzucić. Ktoś z nas powiedział, że przecież nie trzeba, niech leżą na pokładzie. – Jak chcecie – odparł – ale jak tylko wypłyniemy, to tu wszystko będzie mokre!
 

łodka.jpg
 

Uwierzyliśmy mu na słowo i od razu wrzuciliśmy plecaki tam, gdzie nam kazał.

Silnik wył niemiłosiernie. Była 3 nad ranem. Niebo pełne gwiazd. A my przemoczeni. Stary Chińczyk nie żartował w sprawie fal. Palił papierosa za papierosem i co chwila spluwał do wody. W końcu powiedział do mojej przyjaciółki:

– Trzymaj ster. Jak ruszysz w prawo, łódka płynie w prawo, jak ruszysz w lewo, łódka płynie w lewo. Rozumiesz? – popatrzył na nią przeraźliwym wzrokiem. Przytaknęła. – No to teraz trzymaj. Zaraz wracam – dodał i zniknął gdzieś w tylnej części łodzi.

Przez chwilę było nawet zabawnie. Ona za sterami, my zaaferowani falami, tym że płyniemy, że jest przeraźliwie ciemno i nic nie widać. I nagle jej głośny krzyk – Przecież ja nie wiem, co mam robić?! Zaraz się rozbijemy!

Dziewczyna Erica, co się bała już na tę łódkę wejść, teraz z przerażeniem spoglądała w ciemność, w której zniknął nasz stary Chińczyk. Dłonie się jej trzęsły i przez cały czas pytała, czy też się boję. W końcu on wyłonił się z ciemności. – Trzeba było tak krzyczeć?! – zdziwił się, przecież widzisz, że tu nic nie ma, tylko woda wszędzie!

Kiedy dobiliśmy do brzegu było już dobrze po 4. Wzięłam plecak i stanęłam przy burcie. Łódka podpłynęła pod kamienistą plażę, tak blisko jak to tylko było możliwe, ale wysokość między pokładem a plażą przekraczała moje możliwości. O skakaniu nie było więc mowy.

Stary Chińczyk widząc, że miotamy się i nie wiemy, co zrobić, przytargał z tylnej części łodzi deskę. Szeroką na jakieś 30 centymetrów. Na pierwszy ogień poszedł Eric i po pierwszym kroku, kiedy deska niebezpiecznie się zachybotała i gdy okazało się, iż nie da się po niej zwyczajnie zejść, usiadł na niej i powoli ześlizgnął się na plażę. Drugi w kolejności chłopak zrobił dokładnie tak samo. Stanęli po kolana w wodzie i trzymając każdego z nas za ręce, pomagali ześlizgnąć się na ląd.

– Kto nie ma latarki? – zapytał ktoś w ciemnościach

Nie miałam. Pożyczył.

Z latarkami w rękach, plecakami na plecach i gwiazdami ponad nami pomaszerowaliśmy w głąb wyspy. Niebawem dotarliśmy do dość nędznie wyglądających zabudowań. Knajpa i mały sklepik. Pomimo ciemnej nocy, otwarte, jakby na nas czekali.

– Jak ktoś jest głodny, to tutaj możecie coś zjeść – powiedział Free – ci, którzy nie chcą jeść, mogą iść prosto na plażę rozbijać obóz.
 
Moja przyjaciółka Xiaohui popatrzyła na mnie pytająco.
 

obóz.jpg
 

Poszłyśmy rozbijać namiot i po 20 minutach już zasypiałyśmy. A morze szumiało nam gdzieś nad głowami.

Długo jednak nie pospałyśmy. Przeraźliwy upał obudził mnie równiutko o 6. Rozsunęłam wejście do namiotu. Porażona widokiem zastygłam na dłuższą chwilę.

c.d.n.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Skąd tam się wzięła przyjaciółka, skoro było tylko ponad 50 Chińczyków i Ty?!? A nawiasem mówiąc – masz męża (bo już nie pamiętam)?

  2. Ciekawe co Sternik robil pod pokladem 🙂 spal, a moze przegrzebal Wam plecaki 🙂 Ten blog jest coraz lepszy trzymam kciuki i czekam na nastepne wpisy.

  3. No i co, co było dalej?????????????