Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

18.07.2008
piątek

Rozbitkowie

18 lipca 2008, piątek,

Zastygłam na dłuższą chwilę, bo kiedy rozsunęłam wejście do namiotu, moim oczom ukazała się wyspa o poranku. Taka jak z tych programów telewizyjnych w stylu ‘Rozbitkowie’. Gdyby nie nasze obozowisko byłaby zupełnie pusta. Dopiero, kiedy odwróciłam się tyłem do morza, zauważyłam szereg zabudowań. Lichych – takich ’żeby się nazywało, że coś jednak na tej plaży jest’.

Pierwszy spacer wzdłuż brzegu rozpoczął się równiutko o 6.30.
 

1.jpg

– Chodźmy – ponaglała mnie Xiaohui, a ja jakoś nie mogłam się wyzbierać. Ogarniałam wzrokiem miejsce, do którego dotarliśmy niecałe trzy godziny wcześniej i nie wpisywało się ono w tą przerażającą ciemność, którą zapamiętałam. Plażę otaczały porośnięte drzewami góry. Poza podestami przykrytymi bodaj trzcinowymi dachami, poza prysznicami i namiotami miejsce było raczej niezagospodarowane. Rozmiar plaży zamykał się w granicach godzinnego spaceru.

– Jadłyście śniadanie? – zapytał Chris, kiedy wróciłyśmy do naszego obozowiska.

Zostałyśmy poinstruowane, że wszystkie posiłki jemy w knajpie, którą minęliśmy w drodze na plażę zaraz po dotarciu na wyspę. Prowadziła do niej piaszczysta droga i w miarę, jak oddalałyśmy się od plaży, po prawej i lewej stronie ukazywały się nam zabudowania. Większość bez drzwi i okien, podesty do spania i w końcu same łóżka stojące pod gołym niebem – Można je wynająć – widząc moje zainteresowanie poinstruowała mnie Xiaohui.
 

2.jpg

Moje europejskie rysy twarzy ukryłam za okularami w stylu ‘mucha’, ale przeraźliwie białej skóry ukryć się już nie dało, tak też moja osoba wzbudzała dość duże zainteresowanie.

– Jesteś chyba pierwszą białą, jaka kiedykolwiek pojawiła się na tej wyspie – szepnęła do mnie Xiaohui, kiedy wolnym krokiem wracałyśmy z knajpy na plażę.

– Nie umiem pływać! Nie umiem pływać! – krzyczała Mili i krzycząc śmiała się do rozpuku. Usadowiła się wygodnie w pontonie, a Dawei i Free lekko popychali go dalej i dalej od plaży – Serio! Chłopaki – powiedziała do nich już poważniej – Naprawdę nie umiem pływać, więc nie możecie mnie z tego pontonu wyrzucić.

Oni coś jej odpowiedzieli. Nie zrozumiałam. Częściowo nie usłyszałam, bo poddałam się fali, która rzuciła mnie w przeciwnym kierunku.

Nieopuszczająca mnie ani na krok Xiaohui z przerażeniem spoglądała na oddalający się ponton.

– Ja też nie za bardzo umiem pływać – przyznała się.
– Jak to? – i to moje ‘jak to?’ chyba było zbyt natarczywe, ze zbyt dużym ładunkiem niedowierzania, bo ona lekko oburzonym głosem odparła:
– Przecież ja jestem z Syczuanu! Tam nie mam morza!

Postanowiłam nie ciągnąć tematu.
 

3.jpg

Leżąca na stoliku komórka dzwoniła nieustannie od jakiegoś już czasu, nie dając mi w spokoju kontemplować widoku plaży i nie dając mi odpocząć po porannej kąpieli w morzu. Nie tylko mi. W końcu ktoś nie wytrzymał.

– Nie, nie ma go. Tu Dawei– usłyszałam głos tego, który odebrał.

Cisza

– Gdzie jesteś?

Cisza.

– No dobra, ale chociaż tak mniej więcej?

Cisza.

– I potem gdzie? W prawo? W lewo? – dopytywał się.

Znowu cisza. Dłuższa.

– Dobra, już dobra. Nie ruszaj się stamtąd. Będziemy do ciebie dzwonić.

Popatrzyłam na niego zdziwionym wzrokiem. Któraś z dziewczyn wybrała się na spacer w góry i zgubiła drogę. Szybko wyznaczono trzy osoby. Wzięli plecaki, wodę, latarki i wyruszyli na poszukiwania.

Między nami zawrzało. O kogo chodzi? Która to dziewczyna? Jak mogła sama pójść w góry? Dobrze, że wzięła telefon! Czemu nikomu nie powiedziała, gdzie idzie?
 
– Co będziemy teraz robić? – zapytałam od niechcenia, niby samą siebie, a niby siedzącą obok mnie Xiaohui.
– Teraz? – zdziwiła się – teraz jest ‘xiuxi time’, trzeba trochę odpocząć po obiedzie.

Na naszym podeście zaczął się ruch. Odsunięto krzesła i stoły, a na betonie rozłożono karimaty. Każdy swoją. Powoli podest zapełniał się drzemiącymi ludźmi. Nie chciało mi się spać.
 

4.jpg

– Zagrasz z nami? – zapytał Eric.
– Zagram – odpowiedziałam od razu nie wiedząc nawet, o jaką grę chodzi.

Dostałam do ręki pięć kart, a na nich jakieś kolory, cyfry. Ktoś krzyknął UNO, ktoś inny wyrzucał, brał inne karty, zmieniała się kolejność i zanim zorientowałam się, o co w tym wszystkim chodzi, siedząca przy stoliku grupa zaczęła wiwatować. Odwróciłam się. Ku nam szła ekipa trzech wyznaczonych wcześniej ratowników. Za nimi podążała zagubiona w górach Chinka. Nieudolnie szła po piaszczystej plaży. Nieudolnie, bo na nogach miała białe… szpilki.

c.d.n.
 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Łojezu! Jak długo można czekać na dalszy ciąg wycieczki? Czyżby laptop wysiadł?