Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

30.07.2008
środa

Powrót

30 lipca 2008, środa,

– Łódka 379! – krzyczy Eric – kto był na łódce 379 do mnie!

Dzielimy się na te same grupy co pierwszego dnia. Opuszczamy plażę w 5 minutowych odstępach.

– Czemu wszyscy nie idziemy razem? – pytam zdziwiona, a ktoś mi odpowiada, że to dla bezpieczeństwa. Idziemy w małych grupach, każda ma swojego lidera, łatwiej jest o porządek.

Kręcę głową ze zrozumieniem, choć pozostaję przy swoim zdaniu, że powinniśmy wszyscy iść razem. W końcu przychodzi czas na nas. Zakładamy plecaki. Ostatnie spojrzenie na plażę i w drogę.

Poranny odpływ spowodował, że łódki nie były w stanie dopłynąć do miejsca, do którego dotarliśmy pierwszego dnia. Jak się okazuje, czeka nas mały spacer. Już po paru minutach ostrego marszu w pełnym słońcu, dziękuję w myślach sobie samej i wszystkim bóstwom świata, że założyłam tenisówki. Idąca w sandałach przede mną Xiaohui dzielnie walczy z nierówną skalną drogą, ale i tak ma lepiej niż ta, co się pierwszego dnia zgubiła w górach. Ona idzie w swoich białych butach na obcasie.

Jest 38 stopni, poziom wilgotności przekracza wszelkie znośnie dla mnie normy. Słońce pali moją skórę, ale i tak najbardziej z tego wszystkiego bolą mnie… uszy.

– Co się dzieje?  – pyta mnie Xiaohui
– Nie wiem, czy coś jest nie tak z moimi uszami? – zastanawiam się i nachylam, by sprawdziła.
– Ajooo! – mruczy z lekką nutką przerażenia – Czy ty je smarowałaś kremem z filtrem?
– Uszy?! Nieeee.

Wszystko jasne. Oparzone od słońca uszy dają mi się we znaki. Wyciągam z plecaka ręcznik i kładę sobie na głowę tak, żeby przykrywał całą głowę aż do ramion.
 

1.jpg
 

Wspinamy się dalej i podczas tej wspinaczki przypominają mi się wszystkie rajdy górskie, w których brałam udział. Najbardziej ten, który odbyłam z moją przyjaciółką Iwoną po Bieszczadach, kiedy to od ciężaru plecaka straciłam czucie w lewej części pleców.

Idziemy wąską ścieżką. Jeden niepewny krok i przepaść po prawej przyjmie nas bez zająknięcia. Eric, który jest liderem naszej grupy, co chwila nawołuje by uważać, bo droga jest niebezpieczna. Mijamy opuszczone i jakby rozgrabione domy.

Podobno ich mieszkańcy opuścili wyspę, gdyż życie na niej było zbyt ciężkie, a możliwości utrzymania rodziny z połowu ryb coraz trudniejsze. Żałuję, że nie mamy czasu, by się zatrzymać. Chciałabym wejść i zobaczyć te domostwa.

Nie tylko mi pełne słońce daje się we znaki. Z każdego z nas bowiem pot leje się strumieniami. Nagle naszym oczom ukazują się ludzie z grupy, która wyruszyła przed nami.

– Co się dzieje? – pyta Eric
– Przed nami jest kilka grup! – odpowiada ktoś z oddali – Musimy czekać. Łódki jeszcze nie przypłynęły!

Oczekiwanie na łódki przedłuża się, ale kiedy dochodzimy już do miejsca, z którego widać podpływających rybaków, popadam w pełne zdumienie. Przed nami tłum ludzi czekających na łodzie, jak i tych, którzy tymi łodziami dopiero co na wyspę dotarli. Stoimy na wzniesieniu i żeby dostać się na pokład musimy dosłownie ześlizgnąć się po skalnej ścianie.
 

2.jpg
 

Powoli krok za krokiem ruszamy przed siebie. Najpierw w dół ścieżką, a kiedy ta zanika, wspinamy się ostrożnie po skałach. Nagle jedna z osób ześlizguje się i wpada do morza! Słychać okrzyki przerażenia. Nieszczęśnik daje jednak znaki, że wszystko w porządku, że nic strasznego się nie stało. Jeden z liderów ostrożnie schodzi w dół, tak nisko jak jest to możliwe i pomaga tamtemu wdrapać się na skały. Ku memu wielkiemu zdziwieniu dziewczyna w białych szpilkach radzi sobie nad wyraz dobrze. Podążam jej krokiem. Nie patrzę w dół. Nie mam lęku wysokości ani specjalnej obawy, że też wpadnę do wody. Wolałabym jednak uniknąć tej wątpliwej przyjemności.

W końcu wdrapujemy się na pokład. Znów śmierdzi rybami. I ten zapach będzie nam towarzyszył już do końca naszej podróż. W starym porcie, do którego docieramy, też czuć zapach morza połączony z odorem zdechłych ryb. W knajpie, do której idziemy na obiad, dokładnie to samo. Zapominam o tym jedynie wtedy, gdy na stole lądują muszle wielkości dłoni. Obok nich leżą metalowe spinacze do papieru.

– Po co to? – pytam chłopaka siedzącego obok mnie.

Ten bez słowa podnosi muszle, bierze spinacz i prostuje go, po czym wpycha do środka drucik. Kręci nim i wierci, by następnie energicznym ruchem wyciągnąć na talerz, coś na kształt dużego… gluta.
 

3.jpg
 

Jedna z siedzących przy stoliku dziewczyn wydaje pełen obrzydzenia pisk. – Jestem uratowana – myślę sobie – ona z pewnością tego nie zje. Ja więc też nie musze. I choć staram się siebie przekonać do tego pomysłu, do tego by spróbować wszystkiego, co zostało przyniesione na nasz stół, tak jednak zawartość tej muszli zdecydowanie wykracza poza moje możliwości.

Biorę jednak kawałek czegoś twardego jak skała, czegoś co też podobno mieści się w pojęciu ‘owoce morza’, czego nie da się ugryźć, co można tylko ssać, a czym z reklamówki, kiedy wjeżdżamy już do Szanghaju, częstuje wszystkich towarzysząca nam w tej podróży pani Li.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop