Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

22.11.2009
niedziela

Listopadowe Urumczi (2008)

22 listopada 2009, niedziela,

– Nie będą jeść? – zapytała nas obsługa pociągowego baru
– Nie, tylko dwa piwa – odpowiedziałam uprzejmie
Dziewczyna leniwym krokiem odeszła i po chwili postawiła na naszym stoliku dwie puszki piwa „Sinkiang”. To pierwsze moje zetknięcie się z prowincją, do której zmierzaliśmy.

– Nie będą jeść? – zapytała ponownie. Pokręciłam przecząco głową, a wtedy ona powiedziała – Tu się je, a nie pije.
Rozejrzałam się po całym wagonie. Wszystkie stoliki były wolne. Wybiła 16.00 i dopiero za dwie godziny pasażerowie przyjdą na kolację. Taki argument nie przemówił jednak do dziewczyny, która zmusiła nas do opuszczenia chińskiego Warsu. Usiedliśmy więc w korytarzu. Piwo, choć takie podobne do innych, smakowało bardzo egzotycznie.

Za oknem góry, pustynia, niedokończone kawałki autostrady w środku zupełnego odludzia, przełęcze, kamieniołomy i w oddali widoczne pola naftowe.

Jechaliśmy z Szanghaju do Urumczi, stolicy Regionu Autonomicznego Xinjiang. Pociąg wyjechał o 20:48 i dotarł na miejsce o 15:17, pokonując trasę 4077 kilometrów w 42 godziny.

Urumczi powitało nas listopadowym chłodem, szarością betonu i napisami po chińsku, ujgursku, a czasem nawet po rosyjsku. – To już nie są Chiny – pomyślałam sobie wtedy.
Powietrze pachniało baraniną i górami, podpłomykami i tym środkowoazjatyckim poczuciem, że świat jest daleko. Mieszały mi się w głowie obrazy. Śnieg w tutejszym Parku Ludowym i świeże winogrona sprzedawane na ulicy. Nic mi tu do siebie nie pasowało. Chińska pagoda w parku Hong Shan, pomimo iż z XVIII wieku wyglądała na plastikowo-betonową i jakby postawioną tu w zeszłym roku. Xinjiang, którego szukałam, udało się odnaleźć dopiero w małych targowych uliczkach i przed dworcem, tam gdzie uwidoczniła się ta etniczna mozaika Ujgurów, Mandżurów, Mongołów, Tadżyków, Kazachów i Chińczyków Han, którzy kiedyś przyjeżdżali tu w ramach przydziału pracy, a teraz stanowią połowę populacji miasta.

– Skąd jesteście? – łamanym rosyjskim zapytał nas rubaszny facet.

Siedział kilka stolików dalej i kątem oka obserwowałam, jak flirtuje z dwiema siedzącymi razem z nim kobietami. Wyglądały na Rosjanki z tym charakterystycznym makijażem w odcieniach błękitu, w kusych koronkowych sukienkach i włosach blond spiętych w koki. Śmiali się i żartowali popijając wódkę z małych kieliszków. Miny zrzedły im dopiero, kiedy do ich stolika przysiadł się biały około czterdziestoletni mężczyzna. Rozmawiali po rosyjsku. Kobiety zamilkły, a rubaszny stracił uśmiech w dwie sekundy. Biały wyglądał na groźnego. Skakali obok niego kelnerzy, reszta sali przestała się liczyć. Nagle wstał. Kobiety bez słowa podążyły za nim. Rubaszny podszedł do nas. Nie zdążyliśmy nic odpowiedzieć, kiedy nie wiadomo skąd, koło nas pojawił się i biały. Zamienił kilka cichych zdań z rubasznym, a do nas rzucił pogardliwie:
– Amerykanie?
– Nie – odpowiedział K – Polacy
– Aaaaa Polacy – powtórzył biały, uśmiechnął się i wyszedł. Rubaszny jakby odetchnął z ulgą.

Pierwszy raz w życiu poczułam się zagrożona. Siedzieliśmy w ujgurskiej restauracji. Takiej niby ekskluzywnej, a niby zapomnianej przez Boga. Wisiały tam kryształowe żyrandole, ale stoły wyłożone były ceratami. Ceny były jak najbardziej do zaakceptowania, ale klienci jacyś podejrzani. Towarzyszące im kobiety były zbyt nadto wystrojone. Prawie wszyscy mówili po rosyjsku. Byli głośni, a obsługa restauracji nienaturalnie uniżona. My natomiast faktycznie wyglądaliśmy jak zachodnia para. Ubrani w jeansy, w sportowe ocieplane kurtki, porządne trekingowe buty, z przewodnikiem Lonely Planet na stole.

– Inżynier? – powiedział rubaszny do K na mnie nie zwracając uwagi wcale
– Tak – odparł K i nie zdążył nic dodać, kiedy nasz nowy znajomy wyciągnął rękę i przedstawił się
– Ahmed. Jestem bokserem.

Popatrzyliśmy z K na siebie ledwo powstrzymując się od śmiechu. Bokserem to może i on był, ale 10 lat temu. Wyglądał tragikomicznie z tym swoim mini wąsikiem i stwierdzeniem ‘jestem bokserem’ na ustach. Rubaszny o nic więcej nie zapytał. Zatoczył się nieco i powrócił do swojego stolika. Wybiegł do nas, kiedy wychodziliśmy z restauracji.

– Muszę mieć z tobą zdjęcie – wykrzyknął i przytulił się. Śmierdziało od niego wódką i mięsem. Ułożył usta w tulejkę, jakby chciał mnie pocałować.

W tym zimowym okresie Urumczi miało coś z zapomnianego miasta. Życie toczyło się w nim jakby trochę z przymusu, próbując przebić się przez zalewającą je mgłę. Beton wylewał się z każdej jego strony, zupełnie nie pasując do nazwy miasta – ‘Piękne Pastwisko’ – które było już tylko metaforą, bo teraz przyszedł czas nowoczesnych rozwiązań.

Żadna jednak betonowa droga nie przybliży Urumczi do morza.
– Wiecie, że nasza stolica jest najdalej na świecie położonym miastem od morza i dlatego jest w Księdze Rekordów Guinnesa? – dumnie poinformował nas recepcjonista, kiedy meldowaliśmy się w hostelu. Wiedzieliśmy, ale by pozwolić mu cieszyć się tym faktem, udaliśmy bardzo mile zdziwionych i zainteresowanych tą informacją.

Następnego dnia zbudziły nas pierwsze takty ‘Marszu Ochotników’.
– Że co? – jęknęłam otwierając oczy.
Odsłoniłam zasłony, a tam na szkolnym boisku zebrała się gromada dzieci. Szły w rytm hymnu narodowego, piątkami. Każda grupa pilnowana przez jedną nauczycielkę. Robiło się jasno. Spojrzałam na zegarek. Oficjalnie była 9.00. A właściwie to 7.00. Mieszkańcy Xinjiangu żyją według czasu pekińskiego, choć ich życie poza rządowym ustaleniem toczy się według innego zegara. Listopadową porą dopiero o tej 9:00/7:00 robi się jasno, a zmrok zapada już o 15.00, czyli de facto o 17.00, dlatego też dla wielu brak czasu lokalnego jest uciążliwy. Geograficznie region ten powinien rozpoczynać i kończyć każdy dzień dwie godziny później, ale Pekin ustalił, że będzie tylko jeden właściwy czas dla całych Chin. Czas pekiński oczywiście.

Ostatnie takty ‘Marszu Ochotników’ rozbrzmiały wraz ze szkolnym dzwonkiem. Dzieci pośpiesznie weszły do szkoły, głośniki zamilkły, a my zaczęliśmy pakować plecaki.

Urumczi było tylko krótkim przystankiem w dalszej drodze.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Xinjang może też być sporym zaskoczeniem dla tych, którzy przyjeżdżają z Pakistanu lub byłych republik radzieckich i zaraz po przekroczeniu chińskiej granicy spodziewają się pól ryżowych i rolników w słomkowych kapelusikach.