Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

26.11.2009
czwartek

Turpan (2008)

26 listopada 2009, czwartek,

Zakochałam się w tym miejscu od razu. To pierwszy bazar, który odwiedziliśmy podczas tej podróży i dlatego pozostanie najbardziej interesujący, choć jak się później okaże, ten w Kaszgarze bije turpański o głowę. Nieważne jednak, który jest większy, czy ciekawszy. Ten był pierwszy, dlatego też każdy następny nigdy już nie będzie wzbudzał tak wielkich emocji.

Zaczęliśmy od najedzenia się pierożkami, podpłomykami i owocami, słono przepłacając za ququra, czyli kluski z mięsnym nadzieniem podawane w warzywnej zupie. Ale taki już nasz los – los turysty. Czułam się nieswojo z tym przeświadczeniem, że tak rzucamy się w oczy. Niby nic. Żadnych ekstrawagancji w naszym ubraniu czy zachowaniu, ale na kilometr i tak widać, że nie jesteśmy stąd. A ja wolałabym wtopić się w tłum, zniknąć gdzieś między ludźmi, zaszyć się i cichutko niezauważona obserwować. Ciągną się tu stragany z narzędziami i tkaninami. Dalej mięso, warzywa, przyprawy, w końcu bazarowe gotowanie. Przy chwiejących się stolikach można zjeść wspominane już ququra, gotowaną baraninę, czy piyaz poshkal, czyli dość oleisty chleb z cebulą.

Temu wszystkiemu towarzyszy ten jakże przyjemny szelest codziennych spraw. Niby tak jak wszędzie na świecie, a jednak jest tu coś, co sprawia, że jest inaczej. Nie umiem tego nazwać ani bliżej określić. Może to tylko we mnie zrodziło się to zainteresowanie tym regionem i tym ludźmi, którzy wydają mi się tak bardzo ciekawi i interesujący.

Mimo całego bazarowego zgiełku, dało się odczuć harmonię tego wszystkiego, co działo się wokół nas – targujących się handlarzy, krzyczących na dzieci matek, starych babć owiniętych od stóp do głów, tych zainteresowanych dywanami, sukniami ślubnymi, czy tymi, którzy tu przyszli by się ostrzyc albo ogolić. Chaos zespolenia samochodów, skuterów i wozów zaprzęgniętych w osiołki dawał poczucie, że na wszystko jest tu miejsce. Poukładany świat sprzeczności.

Turpan (Tulufan 吐鲁番) to miasto leżące 150 kilometrów na południowy-wschód od Urumczi i stanowi część północnej odnogi Jedwabnego Szlaku. Zamieszkuje je około 250 tys. ludzi, z czego 70% to Ujgurzy. To miejsce znane z uprawy winorośli, a co za tym idzie z ogromnego wyboru win.

Sezon turystyczny już się skończył. Listopad to czas, kiedy niewiele osób decyduje się na przyjazd tutaj. O tej porze ziemia wygląda na wysuszoną. Turyści zazwyczaj podziwiają tutejszą winorośl, odpoczywają w jej cieniu, a my szliśmy jakby pustynną drogą. Piasek i kamienie. Zamiast zieleni ogrodów, mieliśmy zimowy surowy już obraz patyków. Kiedy porównuje się Turpan zimą do Turpanu latem wprost trudno uwierzyć, że to to samo miasto. Jakby zima przynosiła zupełne zapomnienie, a odrodzenie następujące wiosną było cudem.

Nasz przewodnik nie informował, jak dostać się do Emin Minaret. Poszliśmy więc pieszo, trochę na czuja, trochę pytając napotkanych ludzi o kierunek. 3 kilometrowy spacer okazał się być fantastycznym pomysłem, bo do meczetu prowadzi droga przez stary Turpan. Tumany kurzu, gliniane domy, kolorowe bramy i rozbiegane dzieci, które krzycząc ‘hello’ chętnie pozowały do zdjęć.

I w końcu jest. Wyłonił się z oddali. Odbijał piaskowym kolorem w listopadowym słońcu. Nie mogłam uwierzyć w to, że jesteśmy tu sami. Nie licząc dziadka sprzedającego rodzynki, pani w kasie i kobiety, która próbowała wcisnąć nam płyty z ujgurskim disco.

W jednym z przewodników po Chinach napisano: „Emin Minaret położony  na południowo-wschodnich peryferiach miasta. Powstał w 1778 roku; prosta w formie wieża jest raczej nieciekawa.” Autor, który to napisał, chyba nigdy tu nie był. A nawet jeśli był, to czy naprawdę trafiliśmy w to samo miejsce?

Wieża, o której w przewodniku tym napisano, że jest „nieciekawa”, to minaret w stylu afgańskim, najwyższy w Chinach mierzący 44 metry. Dzięki swej wyjątkowej fakturze sprawia wrażenie ażurowego, lekkiego. Wnętrze meczetu nie zachwyca, jakby był nieużywany od lat. Gdzieś w jego zakamarkach spotkaliśmy przewodnika, który zaprowadził nas na tarasik. Rozpościera się stąd widok na otaczające kompleks wysuszone o tej porze roku winnice.

Byłam pod tak wielkim wrażeniem tego miejsca, że wcale się nie odzywałam. K też milczał. Było cicho i spokojnie. Słońce łagodnie przygrzewało.

Siedząc na schodach prowadzących do meczetu, podziwiałam fakturę minaretu dziękując w duchu, że ślepo nie podążyliśmy za wskazówkami przewodnika, który radził omijać „raczej nieciekawe” atrakcje.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. „Wnętrze meczetu nie zachwyca, jakby był nieużywany od lat.”

    Większość meczetów, w których byłem, mógłbym określić mianem „dużej, z lekka zapuszczonej sali z grubym podkładem dywanów”. I to nawet wtedy, gdy były to duże meczety często odwiedzane przez wiernych. Tylko nieliczne były bogato zdobione i wyjątkowo zadbane.

  2. Uśmiech dziecka pod każdą szerokością geograficzną jest tak samo promienny 🙂

  3. Dlaczego w tytulach pojawia sie rok 2008 – czyzbys opisywala zeszloroczne wyjazdy? NB swietne wpisy, ktore bardzo zachecaja do odwiedzenia Dzikiego Zachodu (wydarzenia lipca br jego dzikosc jeszcze potwierdzily).

    A na festiwalu jazzowym bylem, bardzo sympatycznie, ze mial miejsce w Century Park. Mnie najbardziej przypadl do gustu Cui Jian, ciekawe, co sie Tobie spodobalo.