Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

15.12.2009
wtorek

Nad jeziorem Karakol (2008)

15 grudnia 2009, wtorek,

– Pięćdziesiąt lat temu – zaczął swą opowieść dziadek –  sześć żon to nie było nic nadzwyczajnego. Ludzie szukali odpowiednich partnerów, a jeśli się nie dogadywali, to szukali dalej. Teraz nie tak łatwo o rozwód. Chińczycy wszystko utrudniają – dodał zmartwiony.

Z Kaszgaru wyjechaliśmy o świcie, czyli wyruszyliśmy o 9:00 (według czasu pekińskiego), ale Alim uparcie twierdził, że o 7:00.

Po drodze, jeszcze zanim dotarliśmy w prawdziwe góry, musieliśmy zatrzymać się przy posterunku milicji, gdzie jak na granicy sprawdzili nasze dokumenty, dopytywali się, gdzie i w jakim celu jedziemy. Kiedy w końcu pozwolili nam ruszyć dalej, Alim nie mógł powstrzymać się przed narzekaniem, że od olimpiady podróżowanie Karakorum Highway stało się bardzo uciążliwe. Jechaliśmy drogą, którą można by dojechać aż do Pakistanu. Kusiło nas to niezmiernie, ale tym razem tylko Chiny.

W końcu zatrzymaliśmy się przy jeziorze. W listopadzie Karakol jest zamarznięty. Było wspaniale pusto i przeraźliwie zimno. Zabraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i we trójkę (Alim, K i ja) spacerem udaliśmy się do położonej około 3700 m n.p.m wioski Subashi.

– Między nimi jest 15 lat różnicy? – by się upewnić, zapytałam naszego przewodnika. Kiwnął twierdząco głową i dodał, że ona jest jego szóstą żoną.

Elyas. Tak się nazywają. Rodzice, trzy córki, trzech synów i gromadka wnucząt. On ma 87 lat i jest bodaj najbardziej pomarszczonym człowiekiem, jakiego widziałam. Jego żona ma 72 i gdyby przenieść ją na polską wieś, niczym nie różniłaby się od naszych babć. Z Alimem rozmawiają mieszanką kirgiskiego i ujgurskiego.

– Rok temu przyszedł nakaz od władz prowincji – ciągnął dalej swą opowieść dziadek Eylas – że dziewczęta z naszej wioski muszą się zgłosić do pracy w fabrykach na wschodnim wybrzeżu. Nie było gadania. Podstawili autobus i już rok, odkąd ich nie widzieliśmy.

Pytającym wzrokiem spojrzałam na Alima, który po chwili wytłumaczył, iż z nakazem pracy, dziewczyny zostały odwiezione do prowincji Jiangsu na dwuletnie kontrakty. Tylko że po roku okazało się, iż jedna z nich zmarła.

Woda na kociołku zaczęła wrzeć. Babcia Elyas zalała nią herbatę, którą następnie zabieliła mlekiem jaka. Każdy dostał swoją miseczkę i kawałek podpłomyka. W tym czasie dziadek wstał, udał się w kąt izby i rozłożywszy dywanik, zaczął się modlić bijąc pokłony w stronę Mekki.

W wiosce jest szkoła, stary i nowy meczet, posterunek milicji. Budynek przychodni dopiero budują, a sklepu nie ma wcale. Pomimo tego prawie każdy dom posiada słoneczne panele. Podobno dar od rządu chińskiego. Stąd też w izbie zwisająca na kablu żarówka, ładowarka do telefonu komórkowego i dumnie stojący na starej komodzie telewizor.

W każdy piątek z Kaszgaru ciężarówka przywozi niezbędne towary. Mogą wtedy zrobić zakupy. Za pieniądze lub barterem. Zajmują się hodowlą jaków, których mleko i mięso sprzedają na bazarze w mieście.

Lepianki, w których mieszkają, zlewają się w całość z resztą krajobrazu, wtapiają się w piaskowy kolor gór. Jedynym budynkiem, który zupełnie do tego wszystkiego nie pasuje jest posterunek chińskiej milicji. Biały, z dachem pokrytym czerwoną blachą. Przy drodze natomiast, oddalonej od osady o jakieś 15 minut spacerem, postawiono drugi, wielki i przestronny milicyjny gmach. Góruje i pełni raczej rolę przygranicznego posterunku.

Kiedy tak siedzieliśmy popijając słoną od jakowego mleka herbatę, drzwi izby otworzyły się i do środka wbiegł 7-8 letni chłopiec. Dostał od babci miseczkę z mleczną herbata i rozłożył na podłodze zeszyty. Niezgrabnie, ołówkiem kreślił chińskie znaki. Mieszał kirgiski z mandaryńskim. Zupełnie nie mogłam zrozumieć, co chciał powiedzieć.

Tymczasem dziadek Eylas skończy swą modlitwę i powrócił do opowiadania historii dziewcząt. Nie do końca rozumiałam, jak mieszkańcom wioski udało się wymusić na władzy ich powrót do domu. Alim też nie potrafił udzielić nam klarownej odpowiedzi. Jedno stało się jasne. Dziewczęta nie dokończą dwuletniego kontraktu. Po roku pracy wracają.
– Kiedy? – dopytywałam się
– Jutro – spokojnie odpowiedział dziadek. Nie mogłam uwierzyć w to, że zupełnie przez przypadek uda się nam wziąć udział w tak ważnym dla całej wioski wydarzeniu.

Dostaliśmy po cztery kołdry. Na dwóch trzeba było się położyć, a kolejnymi dwoma owinąć. Było przeraźliwie zimno. Cała drżałam, choć nie odważyłam się  ściągnąć polaru, rajstop ani spodni. Była dopiero 19.00, ale zabrakło już energii, telewizor wyłączył się, tak jak i zwisająca z sufitu żarówka. Rodzina Eylas jeszcze się krzątała. Wszyscy oni śpią razem w izbie, w której spędziliśmy większą część dzisiejszego dnia. My z Alimem zajęliśmy izbę drugą. Tę, która jest sypialnią młodych małżeństw, która czasem spełnia rolę pokoju dla gości. Tę, w której w ciągu dnia nie pali się ogień, w której jest tak zimno, że nie można skupić myśli i w której po kilku godzinach snu obudzę się z przeraźliwym bólem głowy.

Najpierw poczucie, że śni mi się, jak próbuję obudzić K. Jednak głos uwiązł mi w gardle, a z zimna nie mogłam poruszyć rękoma. Okropnie kręciło mi się w głowie, wrażenie, jakby sufit opadał. Powieki miałam ciężkie, tak ciężkie, że nie mogłam ich otworzyć i do tego ten narastający ból głowy.
– Co się dzieje? – zapytał zatroskany K. I wtedy okazało się, że to nie sen. Oczy miałam otwarte, ale w izbie było tak ciemno, że dosłownie nic nie można było dostrzec. Wiłam się w posłaniu, jakbym chciała uciec przed opadającym sufitem. Ale sufit był na swoim miejscu, to w mojej głowie kręciło się tak, że nie byłam pewna, co się ze mną dzieje. Zdawało mi się, że zaraz zwymiotuję. K poświecił latarką. Sufit przestał opadać. Wyjście na świeże powietrze, wymioty i środki przeciwbólowe pomogły. Rano nie było śladu po nocnych dolegliwościach.
– Złapała cię choroba wysokościowa – beznamiętnie stwierdził Alim i zarządził spacer po wiosce.

W jego trakcie zatrzymała nas tutejsza milicja.
– Po co tu przyjechaliście? Kiedy? Na jak długo? Czego tu szukacie? Czy macie pozwolenie na pobyt? U kogo nocujecie? Czemu nie zgłosiliście się na milicję z informacją, że zatrzymujecie się w wiosce? – zaatakował pytaniami.

Zażądali dokumentów od naszego przewodnika i odjechali do głównego budynku milicji, tego oddalonego od wioski o 15 minutowy spacer. Wróciliśmy do domu gospodarzy, by naradzić się z dziadkiem Elyas’em.
– Przecież nigdy nie robili mi tu problemów – rozżalił się Alim – zawsze u was nocuję.
– To proste – powiedział spokojnie dziadek – milicja nie chce, żeby obcokrajowcy byli obecni podczas powrotu naszych dziewczyn.
Od samego rana w wiosce trwało poruszenie. Ludzie w atmosferze święta i oczekiwania na ważną dla całej społeczności chwilę krzątali się między domami. Niektórzy stali już przy głównej drodze, choć nikt nie poinformował ludności, o której godzinie autokar ma nadjechać.

Dziadek poradził nam, abyśmy poszli do milicjantów, spróbowali się wytłumaczyć i ewentualnie jak najszybciej odjechali.

– Czego chcecie?– groźnie zapytał 20-latek pilnujący schodów na posterunek –– Dokumenty! – zasyczał
– Dajcie mu paszporty – powiedział do nas Alim, a sam zaczął tłumaczyć, że jego papiery mają milicjanci, którzy rano robili obchód wioski i że przyszliśmy po ich odbiór.
Młody zabrał nasze paszporty i bez słowa ruszył w górę schodów. Ja, jakoś tak odruchowo, podążyłam za nim.
– Nie wchodzić na schody! – wrzasnął do mnie i zagroził przewieszonym przez ramię kałasznikowem. Zamarłam.

Przed posterunkiem czekała spora grupa mieszkańców wioski. Debatowali, kiedy w końcu zjawi się autokar z dziewczynami. – Jadą! – krzyknął ktoś, ale po chwili zza zakrętu wyłoniła się ciężarówka. Emocje na chwilę opadły. Tylko do następnego warkotu silnika.

W końcu po kilkunastu minutach oczekiwania na schodach znowu pojawił się młody z kałasznikowem. W ręku trzymał nasze paszporty i dokumenty Alima.
– Tym razem wam się upiekło – zaczął – oddamy wam dokumenty, ale musicie natychmiast opuścić ten teren, natychmiast macie wrócić do Kaszgaru! – krzyknął.

Nie było dyskusji. Zostawiliśmy posterunek, mieszkańców czekających na drodze i rodzinę Elyas. Tego dnia długo musieli oni czekać na wracające z pracy dziewczyny. Jadąc do Kaszgaru na próżno wypatrywaliśmy autokaru wypełnionego młodymi kobietami.

P.S.
Podróż ta odbyła się w listopadzie 2008 roku, dlatego pomimo narzekań Alima na zaostrzone kontrole wprowadzone w związku z olimpiadą, poruszanie się po prowincji nie stanowiło większego problemu. Po wydarzeniach z lipca 2009 podobno już takiej swobody nie ma, ale jak jest naprawdę? Tego dowiem się dopiero w połowie przyszłego roku (o ile uda się zrealizować kolejny podróżniczy plan).

YLK – Niestety nie byłam na festiwalu jazzowym… Jeśli zaś chodzi o ceny w sklepiku z filmami przy Xinle, to płaciłam po 12-15 RMB.
Vazkez – jak odkrywanie Szanghaju? Udało się znaleźć coś ciekawego?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Dzieki za kolejna fascynujaca relacje z podrozy. Minal juz rok – czy dziewczyny wrocily juz do wioski?
    A za dyski troche chyba przeplacasz – ja place za DVD5 Y7, a za DVD9 – Y9. Bez opakowan (tylko woreczke foliowy), ale jakosc idealna.

  2. YLK- niby przepłacam, tyle tylko że te filmy są trudno dostępne i udało mi się je znaleźć tylko na Xinle, tak więc nawet gdyby kosztowały 30RMB, to i tak bym je kupiła:-) Ostatnio to dopiero przepłaciłam, bo prosiłam znajomą, żeby mi jeden film kupiła w HK, a potem ten sam film ładnie sobie leżał właśnie na Xinle Lu.

  3. Masz racje, ze dobre rzeczy warto zaplacic, choc czasem warto sie potargowac, bo zepsujesz rynek – co np. widac w sklepach z DVD w okolicach Hongmei Rd, gdzie dyski kupuja glownie cudzoziemcy i ceny sa wysokie.
    Mysmy rowniez mocno przeplacili kupujac orginal ostatniej powiesci Dana Browna za Y170, podczas gdy po tygodniu pojawila sie wersja piracka za 1/10 tej sumy.
    Acha, rzuc okiem do ostatniego wydania City Weekend, jest w nim wywiad z liderem Lions of Puxi, jak sie okazuje chlopak ma talent aktorski, gra we wlasnie kreconym filmie o francuzach w Szanghaju, ktory ma pojawic sie na festiwalu filmow niezaleznych w Cannes w 2010. Piszac o filmach ciekaw jestem, czy kiedykolwiek pojawi sie tutaj (nie)slawny „Kochankowie Roku Tygrysa”; ponoc gniot, szkoda, bo to pierwsza polsko-chinska koprodukcja.

  4. Ha, nie tylko rajtki i spodnie ale chyba i spiwor!!! O rany to dopiero bylo zimno. Ciekawe, ze przy tym zimnie nie stosuja zarzacych sie wegli, wkladanych w komory pod miejscem do spania, w dzien do siedzenia. Coby bylo troche cieplej.
    Pytanie do autorki- jak reagowali na was, obcokrajowcow pozostali mnieszkancy wioski?

  5. Szanghaj: coś niesamowitego, od kiedy tu jestem codziennie mnie czymś zaskakuje. Ostatnio odkryłem ‚Targ Małżeństw” na Placu Ludowym. Bywasz tam czasem?;)
    PS W następny piątek koncert Leon of Puxi w „MAO Livehouse”. Wybieram się tam ze znajomymi.
    Ostatnio byłem na koncercie w JZ Club i wszystko OK poza tym, że ceny odstraszają. Ale chyba trzeba się do tego w Szanghaju przyzwyczaić. Po prostu w takich miejscach jest drogo.
    PS2 Twoje opowieści i zdjęcia z Xinjiang są po prostu magiczne. Może kiedyś, nie w tak bardzo odległej przyszłości, uda mi się tam wybrać.