Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin Bambusowy Las - Joanny Kańdulskiej pocztówki z Chin

25.03.2010
czwartek

Sebastian… jak Bell and Sebastian

25 marca 2010, czwartek,

Zaczęło się niewinnie, bo od herbaty i ciastek.
– Jesteś bardzo głodna? – zapytał Sebastian, kiedy weszłam do mieszkania – kolacja jeszcze nie jest gotowa.
– Dobrze, dobrze – odparłam.
Właściwie nie myślałam o kolacji, powalił mnie bowiem na kolana widok mieszkania.

Znam samotnych mężczyzn, którzy w swoich mieszkaniach mają nieskazitelnie czysto. Boję się takich. Zawsze zdaje mi się, że coś z nimi jest nie tak. W mieszkaniu, do którego weszłam, nie było nieskazitelnie czysto. Było w sam raz. Do tego ciemne, drewniane, matowe podłogi, robione na wymiar regały w salonie, a na nich płyty z muzyką i książkami.
Tak – pomyślałam sobie – tak wyglądałoby moje mieszkanie, które sama miałabym zaprojektować. Tylko może nie wszystko byłoby spod marki Muji.

Sebastian to znajomy, który bardzo pomagał mi na samym początku mojego pobytu w Chinach. Jego chińskie imię brzmi Wang Xiao Ting, ale jak wszyscy tutaj wybrał sobie coś bardziej uniwersalnego.
– Dlaczego zdecydowałeś się na to imię? – zapytałam
– Bo uwielbiam muzykę zespołu Bell and Sebastian – odparł, a ja pomyślałam, że właśnie takiej odpowiedzi mogłam się spodziewać. To on zawsze przychodził machając na powitanie wejściówkami na ciekawe koncerty i przedstawienia. Potem wyjechał do Londynu i nie widzieliśmy się ponad rok. Teraz wrócił, a na ten jego powrót nałożył się mój przylot do Szanghaju, tak więc znowu mogliśmy się spotkać i pogadać. Głównie o filmach i muzyce. Głównie mówił on.

– Zobacz – powiedział wyciągając plik płyt DVD

Wzięłam do ręki pakunek, który okazał się być antologią filmów Kieślowskiego.
– Bardzo podobał mi się ten – mówiąc to wskazał na „Przypadek”. Nie mógł uwierzyć, że tego akurat filmu w Polsce nie da się kupić, bo u nas nigdy nie wyszedł na płytach DVD.

Siedzieliśmy w salonie, ale Sebastian ciągle zaglądał do kuchni. Miałam zakaz wstępu, więc nie wiem, co się tam działo. Słyszałam jedynie brzęk naczyń. W końcu Sebastian wszedł do salonu z dwoma miskami z zupą. Do tego biały chleb podgrzany w mikrofali, masło i szynka.
– Smacznego – powiedział i wziął do ręki kromkę chleba. Położył na niej plasterek szynki i posmarował ją masłem. – Masz – podał mi tak skrzętnie przygotowaną kanapkę.

Pierwszy łyk zupy sprawił, że pomyślałam, że ugotował rosół z kury.
– Dobre – pochwaliłam go
– Mam nadzieje – odparł – gotowałem ją wczoraj przez cztery godziny – przyznał się
– Gotowałeś rosół z kury przez cztery godziny? – zapytałam zdumiona
– Chińczycy uważają, że jeśli coś długo gotujesz, to wtedy jest lepsze. No i to nie jest rosół z kury. To rosół z gołębia – doprecyzował
– Naprawdę? – zdziwiłam się szczerze. Pierwszy raz w życiu świadomie jadłam gołębia.
Rosół smakował dobrze. Gotowany z bambusem i grzybami. Samo zaś mięso bardzo delikatne. Podane w prostej miseczce zakupionej w sklepie Muji oczywiście.

Moja babcia często powtarza, że dla dzieci najlepszy byłby rosół z gołębia, że jej mama taki gotowała i zawsze na przeziębienie pomagał. Trudno mi stwierdzić, czy faktycznie zupa miała jakieś fantastyczne właściwości. Bardziej chyba dotknęło mnie to, że Sebastian spędził cztery godziny, by ją ugotować. W ramach podziękowania sięgnęłam do torebki.

– Mam dla Ciebie prezent – powiedziałam kładąc na stole dwie płyty CD. Jedna z nich to „MTV Unplugged” Hey , druga to „Upojenie” Anny Mari Jopek i Pat Metheny’ego. Ponieważ Sebastian zawodowo zajmuje się muzyką, stąd też ten pomysł z płytami.
– Uuuuu – jęknął z zachwytu – na płyty zawsze znajdę tu jeszcze trochę miejsca –
Wstał i ruszył w kierunku regału – Musisz mi dać trochę czasu, by je przesłuchać. A teraz – pociągnął dalej – posłuchamy… Sigur Ros. Z Islandii. Znasz?

Nie znałam. Tak jak nieznany do tej pory był mi Szwed Jens Lekman, szkocki zespół Camera Obscura, ani grupa Single, której plakat wisiał na jednej ze ścian.

– Nie przesłuchałeś jeszcze tych płyt? – zapytałam zdziwiona, ponieważ Sebastian położył na stole cztery płyty, a każda z nich owinięta była w plastikową folię. Wydawało się, że są oryginalnie zapakowane.
– Jak to? – zdziwił się mój znajomy i delikatnie wyciągnął je z foli.- Trzymam je w tych opakowaniach, żeby pudełka się nie rysowały – odparł przekonująco, jakby to wszystko było zwyczajnie oczywiste.
– No tak – powiedziałam.
W końcu każdy ma swojego świra – pomyślałam sobie.

Kiedy rosół zniknął z misek, udałam się w kierunku regału z książkami. Wiedziałam, że Sebastian jest oczytany. Podejrzewałam jednak, że w jego domu większość książek będzie po chińsku. A tam półka po półce ciągnęły się dzieła… Oscar Wild, Jane Austin, Artur Conan Doyle i jego „Sherlock Holmes”, niżej Edgar Allan Poe i Lew Tołstoj. Bardziej to wszystko przypominało moją półkę z książkami niż regał w chińskim domu. Na koniec w oczy rzuciła mi się okładka „Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus” autorstwa Johna Gray.

Uśmiechnęłam się sama do siebie i pomyślałam, że taki zestaw mógł należeć tylko do Sebastiana. Chińczyka z urodzenia, obywatela świata z wyboru. Zakochanego w muzyce, literaturze i prostocie projektów firmy Muji.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Otwierasz mi oczy na swiat.